Tym razem w Warszawie czułem się niemal jak za czasów studenckich: dawny kumpel, podrzędne, zadymione, mroczne bary, byle jakie jedzenie o smaku kartonu, rzeka alkoholu, szukanie noclegu w ostatniej chwili, gigant i wielka improwizacja.
Gdy o 2 nad ranem meldowaliśmy się w Hiltonie wyglądaliśmy, co najmniej złowróżbnie, wzbudzając tym większy niepokój wybierając olbrzymi executive suit na przedostatnim piętrze budynku niby to pod pretekstem chęci zobaczenia Warszawy by night. Chłopaki biegali jak z pęcherzem rozentuzjazmowani nadmiarem przestrzeni i przylegającymi do apartamentu i sypialni dwoma łazienkami, dopiero gdy minęła im pierwsza euforia resztkami sił skoncentrowali się na eksplorowaniu zawartości mini baru, który opróżnili do ostatniego chrupka. Rano musiałem niestety zmienić hotel, by później zmierzyć się z big bossem, który sprowadził mnie do roli swojej asystentki.
Po estetycznej kolacji w Bristolu wypróbowaliśmy z K dwa nowe bary, gdzie jeszcze nas nie znali, wracając Nowym Światem przycupnęliśmy w jakimś nieznanym miejscu serwującym coś koloru czerwonego, które okazało się gwoździem do mojej trumny. Rano obudziłem się w dupie, a utrzymujący tego dnia ból głowy wcale nie pomagał mi w sztuce samoprezentacji i działał lepiej niż nie jeden pas cnoty, blokując przed wchodzeniem w interakcje z lokalnym kolorytem. W połowie dnia K zaciągnęła mnie do Muzeum Powstania gdzie oglądanie obrazu w 3D można by śmiało nazwać aktem masochizmu wobec mojego i tak podrażnionego żołądka.
Kilka dni później zawitałem do Wrocławia c.d.n.

Muzeum Powstania Warszawskiego na kacu… to musiał być prawdziwy odlot 🙂
nie zebym byl z tego jakos dumny ale doznania byly co najmniej jak na karuzeli