miłośnik dolce vita

Odniosłem mały sukces a cieszyłem się nim jak dziecko, niewymuszony uśmiech towarzyszył bez przerwy do końca dnia, nawet w pociągu z Mediolanu czułem euforie. Pojechałem odwiedzić dostawce, przyzwyczajony do prowadzenia rozmów po angielsku zostałem zaskoczony sytuacją, w której jedna z zaproszonych osób nie władała tym językiem.. Przyparty do muru i niechętny niepotrzebnemu traceniu czasu na monotonne tłumaczenie nieśmiało zaproponowałem poprowadzenie spotkania po włosku, co wzbudziło nieukrywane zaskoczenie, bo tego się koledzy makaroniarze po mnie nie spodziewali. I tak z ‘’marszu’’ trajkotałem całe dwie godziny o formach płatności, kontraktach, umowach, i odpowiadałem na ich pytania – pod koniec byłem zmęczony, ale satysfakcja, jaką odczuwałem była niewspółmierna do wysiłku, na który się zdobyłem. Pierwszy raz przełamałem w sobie lęk i rozmawiałem o sprawach zawodowych po włosku! Czasami było zabawnie i nie obyło się bez wpadek, ale raczej doceniano moje starania niż pękano ze śmiechu.
Od momentu poznania M jest o wiele lepiej, ale do ideału jeszcze mi daleko. Wciąż mówię niegramatycznie i zdarza mi się pomylić znaczenie wyrazów, na szczęście M jest bardzo wyrozumiały i tylko czasem kpi ze mnie gdy tworzę nieistniejące słowa albo przekręcam znaczenie istniejących
Gdyby tylko mogła zobaczyć mnie dzisiaj moja dawna nauczycielka włoskiego – na pewno byłaby ze mnie dumna.
To że zacząłem uczyć się włoskiego to właściwie tylko przypadek. Znajomość akurat tego języka nie była mi do niczego potrzebna, na studiach dodatkowy lektorat z drugiego języka traktowałem jako zło konieczne, chodziło mi o łatwe zaliczenie i jak najdłuższy etap powtarzanie w nieskończoność deklinacji i koniugacji. Gdy po pierwszym roku wyleciałem ze studiów i stanąłem przed wizją powiedzenia o tym rodzicom, którzy sowicie płacili za moje czesne, w obawie przed ich gniewem postanowiłem jeszcze raz zdawać egzaminy wstępne. Podczas składania papierów zadeklarowałem się na holenderski, który spodobał mi się, bo wydawał się najbardziej nieużyteczny i nie było na niego wielu chętnych. Potem okazało się, że grupa nie powstała a mnie przepisano na niemiecki, do którego od dzieciństwa mam awersję. Łudziłem się wylądować w grupie dla początkujących, ale że moja matka pisze podręczniki do niemieckiego a nazwisko obliguje, uczelniana mafia nauczycielska odgórnie zakwalifikowała mnie do grupy zaawansowanej. Przez pierwsze kilka zajęć robiłem z siebie matoła a w międzyczasie próbowałem załatwić przeniesienie do grupy niższej. Niestety kierownik lektoratu pozostawała nieugięta i nie wierzyła w żadne moje argumenty, potem przestałem w ogóle pojawiać się na zajęciach, bo moja znajomość niemieckiej wyliczanki eins – zwei – drei Polizei nie robiła już na nikim wrażenia. Tak minęły pierwsze trzy miesiące semestru i w końcu, gdy zbliżał się czas zaliczeń, po raz kolejny pojawiłem się w Ośrodku Języków Obcych prosząc o przenoszenie – w końcu egzaminy miałem zdawać ja a nie moja matka. Wyżebrałem możliwość zmiany lektoratu – co w grudniu było szaleństwem. Wystrojony jak stróż w boże ciało, wypachniony i pod krawatem pojawiłem się w pokoju romanistów gdzie pośrodku, przy stole siedziały trzy podgryzające orzeszki i pijące kawę stare betony. Wytłumaczyłem treściwie, o co mi chodzi starając się przy tym zrobić jak najlepsze wrażeni. Moj urok osobisty dopiero się kształtował więc jak można było to przewidzieć żadna z siedzących tam kobiet nie była zainteresowana przyjęciem zbłąkanej studenckiej duszy, ale szczęśliwie przypadłem tej, która była akurat nieobecna…
Nie pałałem specjalną miłością do tego akurat języka, ale zawsze podobał mi się męski południowy typ urody oraz piosenki, które łatwo wpadały mi w ucho. W trakcie następnych 2 lat przekonałem się, że zajęcia niewiele wspólnego miały z labą, bo cycki narzuciły niesamowite tempo nauki.
Podczas gdy inni wchłaniali nowy materiał z prędkością dźwięku ja wyszukane słówka i skomplikowane konstrukcje musiałem kuć na pamięć bez szans na możliwość wykorzystania ich znajomości w życiu codziennym, bo akurat w tym czasie pochłonięty byłem popełnianiem błędów młodości, bezmyślnym angażowaniem się w liczne bezsensowne, przelotne relacje z różnymi zwierzakami i uskutecznianie sztuki miłości fizycznej, podczas gdy moje koleżanki, co drugi miesiąc jeździły do Włoch w odwiedziny do swoich wymuskanych grande amore.
Na fali dobrego nastroju M ogłosił, że na weekend zabiera mnie do wiecznego miasta, do którego prowadza wszystkie drogi, pełnego włoskiej energii, miłośników dolce vita i sklepów alta moda. Właściwie wciąż słabo znam Włochy. Dzięki niemu poznaję mentalność, kuchnie i kulturę, a omija mnie typowo katalogowo turystyczny chłam tego kraju.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „miłośnik dolce vita

  1. whyme pisze:

    No proszę, proszę… Jaka ciekawa, skądinąd bliska mojemu italianistycznemu sercu, historia. Jak byś do mnie przyszedł z prośbą o lektorat, zapisałbym Cię nawet na tryb indywidualny, czy jaki tam byś chciał. Czyli Amor di Roma działa, a właśnie Rzym i Palermo są moimi ukochanymi miastami! No i Ci zazdroszczę, bo zawsze chciałem mieć kogoś „pod ręką” (mógłby być pod ręką w łóżku), kto poprawiał by moje buffi strafalcioni… Nistety 😦 Nie udało się. Był za to inny, jeden wielki Strafalcione!

  2. sotion pisze:

    – To niesamowita frajda kiedy po dłużnym okresie nauki języka odważy się człowiek w końcu na konwersowanie w nim, radość jest faktycznie nie kłamana. Rzym piekne miasto choc latem koszmarnie goraco, da się wytrzyamac tylko wieczorami…

  3. saber-->sotion pisze:

    Rzym jest fantastyczny – cieplo ale da sie przezyc, myslalem ze bedzie wieksza wilgotnosc ale nie bylo tak strasznie. W nocy trudno zasnac z nadmiaru wrazen…

  4. saber-->whyme pisze:

    Indywidualny tok nauczania kojarzy mi sie z uposledzonymi przypadkami,
    ale jesli nie robilbys problemu z zalczeniem to chyba poszedlbym na taki uklad;)

  5. sotion pisze:

    – :-)))

  6. whyme pisze:

    U mnie zawsze trudno było zaliczyć. Dlatego dużo było poprawek. Głównie ustnych. 🙂
    Indywidualny tok był tylko dla wyjątkowych i wtjątkowo ładnych Studentów. :-))))))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s