kawka, winko i spacerek – tam gdzie prowadzą wszystkie drogi

Byłem w Rzymie. Raptem parę dni. Pojechaliśmy trochę pospacerować, napić się kawy, popatrzeć na zabytki, na ludzi, na zieleń. Taki przedłużony weekend w innym świecie, innym mieście, innym klimacie. Krótka ucieczka od ciemnego, krótkiego chłodnego szwajcarskiego lata. Nie była to moja pierwsza wizyta we Włoszech, ale pierwsza w Rzymie. Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie, muzea i intensywne lekcje historii na miejscu zdarzeń. Chodziło raczej o rozpoznanie terenu i włóczęgę. O zobaczenie, czy to miasto mi pasuje, czy warto tam wrócić, czy jest tam coś interesującego i godnego uwagi.

M wiedział, co robił od lat próbując przekonać mnie do podróży do Rzymu. Nie pałałem większą radością w oczekiwaniu na ten wyjazd, spodziewając się tylko dwóch najgorszych rzeczy: niesamowitych upałów i dużej wilgotności powietrza. Włochy w lipcu kojarzą mi się ze skwarem i hordami depczących sobie po piętach turystów. Dlatego od początku, pomysł spędzenia tam kilku dni, w środku sezonu spędzał mi sen z powiek, ucinałem czym prędzej każdą próbę zagajenia rozmowy na ten temat albo podsuwałem pomysły wyjazdów w inne, bardziej przystępne miejsca i tak od 4 lat aż wreszcie uległem.
Znaleźliśmy uroczy, zabytkowy hotel, który niewiele może miał wspólnego z przepychu Cavalieri, ale za to stał na wprost Panteonu przy Piazza della Rotonda i choćby za taką lokalizację należały mu się cztery gwiazdki.
Rzym ma charakter i bardzo szybko daje się go doświadczyć. Wystarczy parę godzin szwendania się po ulicach, parę wizyt w kawiarniach czy restauracjach, kilka chwil siedzenia na schodach, którejś z fontann, gapienia się na ludzi i miasto zaczyna mówić, zaczyna się otwierać, zaczyna bezwstydnie pokazywać wszystko co ma.
Rzym przyciąga rzesze ludzi z branży, o dziwo najwięcej par spotkaliśmy podczas zwiedzania Watykanu. W kolejce do wejścia miałem okazje pofantazjować na temat co poniektórych osobników. Tym skąpiej ubranym (obciśle szorty i koszulki bez rękawów) niestety nie pozwolono wejść, ale i tak między oglądaniem grobów, ołtarzy i monstrualnych obrazów łypałem okiem na apetyczne ciałka, którzy w przeciwieństwie do antycznych rzeźb zgromadzonych w muzeach wyszły wprost spod dłuta natury a prezentowały się nie mniej posągowo. Okolice Koloseum to prawdziwy targ próżności, gdybym był sam pewnie nie wychodziłbym z hotelowego pokoju zatrącając się w uciechach typowego utracjusza, może nawet zorganizowałbym olimpiadę w strzelaniu goli, albo raczej paraolimpiadę, bo z biżuterią nazębną mam ograniczone możliwości. Z wynalezieniem na wieczór włoskiego chihuahua, nie ma problemów, bo jak zdążyłem się zorientować wśród lokalnego kolorytu jest w czym wybierać. Z dumą przyznaje, że okres fascynacji chihuahua mam już za sobą, dostałem to co chciałem jak w jakimś sklepie, niczego nie żałuję i czuje że w tym temacie zaspokoiłem swoją ciekawość choć zostałem wypłukany z emocji. Niektórzy chihuahua jeszcze czasem się do mnie odzywają w nadziei, że ich przygarnę będąc przejazdem w ich mieście, ale naprawdę nie mam ochoty na odgrzewane kotlety ani też na świeżynki.
W związku z niskim kursem euro, nie mogliśmy zaprzepaścić okazji zrobienia paru zakupów. M zaszczepiając we mnie pogardę do sklepów typu H&M czy esprit nazywając je zjadliwie sklepami dla biednych zaprowadził mnie na Via dei Condotti.
Powróciwszy z rzymskich wakacji przepakowałem tylko walizkę do Dublina a stamtąd poleciałem do Glasgow. W stolicy Irlandii spotkałem się z K, która w tym samym czasie została oddelegowana tam przez swój bank. Dublin wciąż mnie odrzuca swoją ponurą atmosferą, architekturą, budynki wydają się być zaniedbane, liche, brudne i przesiąknięte wilgocią, przypominają jedną z gorszych dzielnic Londynu jak zgrabnie podsumowała to K. Kiedyś marzyłem żeby tu mieszkać teraz z trudem przychodzi mi odnajdywanie dawnych powodów, dla których chciałem to zrobić.
Rano, nie wiem czy to z powodu bąbelków czy raczej czegoś innego, w drodze na lotnisko źle się poczułem, do tego stopnia, że taksówkarz dwa razy musiał stawać na poboczu a w konsekwencji zamiast odwieźć mnie na terminal dowiózł mnie do hotelu, gdzie wynająłem pokój by do późnego popołudnia dogorywać w łóżku – lało się ze mnie ze wszystkich otworów, ale żyję.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 Responses to kawka, winko i spacerek – tam gdzie prowadzą wszystkie drogi

  1. Nieznane's awatar sotion pisze:

    oj, to musiałeś poszaleć gdzieś, nic nie piszesz o tym(?), no nic, w każdym razie zdrowia zyczę 🙂

  2. Nieznane's awatar saber pisze:

    moze wypilem jedna lampke za duzo, ale ekscesow nie bylo bo bym pamietal:)

  3. Nieznane's awatar whyme pisze:

    Roma, Roma… che bella citta’…
    Ja wspomnienia z tamtejszych lokali mam raczej marne – w jednym złapano mnie za dupę, co było jescze w miarę ok, a w drugim wiek osób tam przebywających wskazywał bardziej na oddział geiriatryczny, niż na lokal… a już na pewno nie branżowy. Podoba mi się Twoje „pieskie” określenie 🙂

Dodaj komentarz