pintu ke Malaysia

Bywa, że gdy człowiekowi się naprawdę spieszy to wszystko wokoło zdaje się temu sprzeciwiać. W piątek miałem w planie spędzić w biurze tylko 3 godziny by spokojnie zdążyć wrócić do domu, spakować walizkę i złapać samolot do Kuala. W biurze pojawiłem się przed 10, pierwsze spotkanie zostało przesunięte o godzinę później, a potem rozdzwoniły się telefony, cała seria, jeden po drugim, dzwoniły jak wściekle i za każdym razem, gdy już miałem wyłączyć komputer dzwoniły znowu i najgorsze okazywało się, że to ważne i trzeba było gdzieś pilnie gasić pożar. Nawet przy wyjściu z budynku natknąłem się na kogoś, kto postanowił streścić mi z czym aktualnie się zmaga abym był na bieżąco…
Kiedy lądowałem w Kuala Lumpur było po 18, po wyjściu z terminalu zrobiło się przyjemnie ciepło, dlatego nim moja głowa dotknęła poduszki w wygodnym łóżku Shangri-La poszedłem na krótki spacer zachęcony znajomym widokiem zza okna hotelowego pokoju. W samolocie starałem się nie spać by po przylocie jak najszybciej przestawić się do innej strefy czasowej.

W niedziele zupełnie nie było w głowie klepanie w komputer, pojechałem za to zobaczyć lokalne parki ptaków i motyli a na koniec zahaczyłem o nowo otwarte oceanarium w części konferencyjno wystawienniczej mojego hotelu.
250km za Kuala znajduje się Ipoh stolica stanu Perak i główny ośrodek wydobycia cyny. Przewodnik, który mnie tam zawiózł zaprosił mnie na lunch do lokalnej jadłodajni. Plastikowe brudne stoliki, byle jak rozstawione na wąskim chodniku, dziwny zapach smrodek unoszący się z kuchni, chyboczące się krzesełka, lichy dach, zardzewiałe garnki, plastikowe sztućce, talerze wyparzane we wrzątku w połamanym wiadrze, ludzie z nizin i szczerbaty kucharz – próbowałem ukryć zakłopotanie, ale gdy jedzenie wylądowało na stole było za późno żeby się wycofać. Każdy kęs mięsa maczany w kolorowych brejach ledwo przechodził mi przez gardło, nie mówiąc o coca coli podawanej z kostkami lodu niewiadomego pochodzenia. W teczce nosze ze sobą węgiel leczniczy i buteleczkę whisky, więc po lunchu nie czekając jak rozwinie się sytuacja, zapobiegawczo zaserwowałem sobie większą dawkę…

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „pintu ke Malaysia

  1. NiteCowboy pisze:

    Lacze sie w bolu i szczerze wspolczuje… wiem co oznaczaja takie sytuacje… to jest jak slepa uliczka….i nie ma wtedy ucieczki….
    Kiedys opisywalem podona sytuacje. Kilka razy ucztowalem z Hindusami…. niestety nie jest to na moje slabe, skolatane nerwy. Po prostu nie lubie karaluchow chodzacych po jedzeniu. Nie lubie stada karaluchow biegajacych po calej kuchni i po glownych kucharzu (nie zartuje)… ale bylo za pozno, musialem jesc… Ratowal mnie fakt, ze jedzenie bylo przygotowywane w szybkowarze (modlilem sie, o zabicie wszystkich zarazkow 🙂 A Ty jak? Byly jakies niespodzianki ???

  2. saber pisze:

    nie, nie bylo zadnych sensacji, ale jak wspominam sobie ta sytuacje to wciaz kreci mnie w brzuchu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s