Zżymam się ostatnio na myśl, że muszę rano wstawać i wychodzić do biura. Niedawno zdarzało mi się kilka dni pod rząd pracować przez 14-16 godzin i gdyby nie krótkie wyjazdy do Edynburga i Warszawy, które wybiły mnie z szalonego tempa pracy, pewnie pracowałbym i w weekendy, co w końcu odbiłoby się na moim zdrowiu.
Szefowa zalewa mnie informacjami na temat projektu w Azji, mam wrażenie, że wrzuca mi do skrzynki największy gó…no, bo skoro chcę się tam przenieść to lepiej żebym zaczął przyzwyczajać się do dylematu jak rozróżnić tradycyjne pismo chińskie od znaków uproszczonych. Kosmos. Gdybym jeszcze musiał teraz tam pojechać padłbym chyba na niewydolność. Umówiliśmy się, że na road show po Singapurze, Malezji, Hongkongu i Tajwanie poleci sama, ale szkoleniami podzielimy się po równo.
W trosce o moje dobre samopoczucie i swobodne poruszanie się w biznesie dostałem od niej książkę – podręcznik jak prowadzić negocjacje w Azji. Akutanie wieczorami w ramach lektury do poduszki poszerzam swoją wiedzę z zakresu różnic kulturowych przyswajając złote rady amerykańskich specjalistów. Jeśli choć raz uratuje mnie to przed kulturowym foux pas to cały ten wysiłek nie pójdzie na marne. Powoli osiągam stan, kiedy znowu wydaje mi się, że im więcej pracuję to… pracy wcale nie ubywa.
Dlatego właśnie leżymy z M na plaży, prawie 9 tys km od domu i 2600 km od afrykańskiego lądu, sączymy kolorowego drinka z parasolką i lepcy od olejku do opalania ociekamy zajebistością…

Fajna taka zajebistość 😉