Gdzieś w pobliżu Zwrotnika Koziorożca w podmuchach ciepłego wiatru

Następne dni były już całkiem spokojniejsze, w końcu wyszło słonce, złe myśli poszły w niepamięć, a dni kręciły się wokół Grand Baie, Pereybere, chilloutowych barów serwujących koktajle tsunami, wspaniałych plaż, przybrzeżnych raf, gwarnej stolicy, małych wiosek oraz rzadziej odwiedzanych i słabo zaludnionych miejsc. Wreszcie mogliśmy popłynąć z M katamaranem na Ile Plate.

Główną atrakcją tej prywatnej wyspy była jej bezludność, niebiańska cisza i piękna plaża z białym, miękkim jak puder piaskiem. M spędzał większość czasu pod parasolem, bo poprzedniego dnia spalił się na raka i cierpiał. Podczas gdy on leniwie spędzał czas na wygodnym siedzisku, ja pływałem z rurką i raz po raz raczyłem się koktajlami na bazie lokalnego rumu. Choć ostatni raz na chorobę morską cierpiałem nurkując w Turcji teraz na widok młodej Kanadyjki rzygającej do plastikowej torebki i mnie zemdliło. M nie mógł wyjść z podziwu, patrząc na mnie jak się ‘’uzewnętrzniam’’, bo nigdy przedtem nie oglądał mnie w takim stanie. Po 5 latach poznał mnie od zupełnie innej strony a nasz związek wszedł w nowy niebezpiecznie fascynujący etap.

Cumowaliśmy kilkakrotnie wzdłuż linii brzegowej by podziwiać zapierające dech w piersiach rafy kolorowe otaczające wyspę i morze w kolorze akwamaryny. Tylu jaskrawo kolorowych ryb nigdy nie widziałem, słońce przefiltrowane przez wodę dawało niesamowite wrażenie.

Z okazji swoich urodzin, M zaprosił mnie na kolacje. W Trou aux Biches tuż nad pięknie zagospodarowaną mariną odkryliśmy schowaną Pescatore. Bliskość morza gwarantowała świeży towar i ucztę dla podniebienia dla osób, które uwielbiają owoce morza. Na Mauritiusie spotykaliśmy mnóstwo Rosjan, ale tych naprawdę zamożnych przez duże Z, którzy traktują Mauritius, jako azyl dla bogatych. Podczas gdy większość turystów propagowała strój swobodny i wakacyjny Rosjanki do restauracji, przychodziły w wytwornych kreacjach, w butach na koturnie, w pełnym makijażu, obwieszone biżuterią ze złota. Nie raz byliśmy świadkami ich głośnego i aroganckiego zachowania, które czasami bywało irytujące, choć powinniśmy być przyzwyczajeni, bo w szwajcarskich kurortach zachowują się nader identycznie. W Pescatore przyszło nam słuchać rozmowy dotyczącej zorganizowania wesela na 180 osób. Problemy bogatych…

Podróżując z północy na południe po krętych serpentynach dróg mijając pola trzciny cukrowej i rozmyte zielone wzgórza nie raz czułem się słabo za sprawą lokalnych kierowców, którzy to jeżdżą niepomiernie dynamicznie i ponad wszystko uwielbiają ostro hamować. W Port Louis, znaleźliśmy mieszankę drewnianych i kolonialnych bloków, wielkich placów we francuskim stylu i kilka błyszczących drapaczy chmur, hałaśliwe ciężarówki pomalowane jaskrawo kolorowo w wizerunki hinduskich bóstw, kobiety ubrane w indyjskie sari a wszyscy w rozklekotanych klapkach. Przeciskając się przez tłumy na lokalnym bazarze napisy zmieniały się z języka francuskiego i angielskiego na arabskie szlaczki oraz chińskie znaczki. Gdybyśmy zamknęli się z M w wielkim 5 gwiazdkowym molochu z całodobowych serwisem prócz plantacji herbaty Bois Cheri i jeziora Grand Bassin z powietrzem wypełnionym ostrą wonią kadzideł pewnie nigdy byśmy tutaj nie dotarli.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Gdzieś w pobliżu Zwrotnika Koziorożca w podmuchach ciepłego wiatru

  1. Nieznane's awatar bio pisze:

    Nowy, niebezpiecznie fascynujący etap… trafnie powiedziane.
    Bliskość bez barier fizycznych, obrzydzenia, pozy, udawania. Dalej jest tylko „dopóki śmierć nie rozłączy”. 🙂

  2. Nieznane's awatar saber--bio pisze:

    hola hola, wstrzymaj konie, swiat jest pelen atrakcyjnych i niszesliwych mezczyzn:)

Dodaj komentarz