48 godzin w Alice Springs

Z wybrzeża przesunęliśmy się w kierunku centrum kraju, z gorącego i wilgotnego klimatu wybrzeża Queensland trafiliśmy do jeszcze wyższych, bo sięgających 45 stopni temperatur, ale za to bardziej suchego powietrza. Lot z Cairns do Alice Springs trwał niecałe 2 godziny, a krajobraz zmienił się z tropikalnego na pustynny. Wieczór wcześniej po raz ostatni zjadłem swoje przepyszne spring rolle, które popiłem butelką lokalnego wina, bo nasz samolot odlatywał dopiero przed południem.

Alice Springs to pustynia, dziura w której czas się zatrzymał, plamka pośród ogromnych czerwonych połaci bardzo suchego terenu. Rozklekotanym busem dojechaliśmy do naszego hotelu Aurora, któremu bliżej było do motelu niż 4 gwiazdkowego obiektu, ale lokalizacja rekompensowała wszystko. Lokalne biura podróży znajdowały się dosłownie za rogiem, tak samo jak główny deptak z restauracjami, barami, kafejkami, sklepami i centrum handlowym. W przyhotelowej restauracji przełamałem kolejne kulinarne tabu smakując sałatki z mięsem strusia oraz olbrzymiego talerza grillowanych mięsiw z krokodyla, strusia, kangura i barramundy.

K. przewidując, że podczas trwającego 20 godzin outbacku do Uluru na pewno będziemy głodni wyskoczyła do hipermarketu i kupiła nam świeżą bagietkę, wędliny, ser, jogurty i napoje, z których rano niczym żona dbająca o męża narobiła nam pysznych kanapek. K ma zadatki na dobrą żonę i mamuśkę – ledwo zerwała się z lóżka o 4.45 od razu zajęła się przygotowywaniem śniadania i prowiantu na drogę a nie makijażem, układaniem fryzury czy doborem butów do sukienki.
Wyjechaliśmy o 6 rano. Na Terytorium Północnym wszystko wydaje się wielkością przerastać ludzką skale: niebo, odległości, marzenia i wizje mieszkańców. Na terenie 4 razy większym od terytorium Polski mieszka 200 tys. mieszkańców. Niegościnne otoczenie wyzwala wśród lokalnych ludzi przyjazne nastawienie do innych, ducha powszechnej równości i specyficzne złośliwe poczucie humoru. Alice Springs, choć brakuje pocztówkowej malowniczości ma w sobie coś przyciągającego backpackerów z różnych stron świata spragnionych przygody w porażających przestrzeniach interioru.
Smażące się w słońcu miasto ma regularna siatkę prostych ulic i niewysokich nowoczesnych budynków. Osiedlić się tutaj mógłbym tylko za karę.

W Alice Springs mogłem dowoli napatrzeć się na mieszkających tam w dużym skupisku Aborygenów. Historyczne zapiski odzwierciedlają to, o czym myślałem ja przybywając z Europy na Antypody: Aborygeni sprawiają wrażenie najmniej urodziwego narodu na świecie, ich oczy pozostają wpół zamknięte by nie dopuścić much a każda twarz, którą się spotyka wydaje się być pozbawiona wdzięku.
Do Czerwonego Środki jechaliśmy prawie 6 godzin, żeby zobaczyć najsłynniejszy pomnik australijskiej przyrody – skale Uluru Ayers Rock.
Po drodze rzadko mijaliśmy jakiekolwiek inne samochody czy siedliska ludzkie, częściej za to szczątki martwych kangurów, które często wpadają pod koła rozpędzonych aut i autobusów.
Widok Uluru zachwyca, ale wędrówka 9km trasa wytyczona wokół monolitu w 40 stopniowym upale była piekielna. Na dodatek te przeklęte muchy. Miałem wrażenie że muchy się tutaj je, pije i się nimi oddycha. Nabalsamowany kremem i sprayem z wysokim filtrem pociłem się pomimo suchego powietrza. Po kilku godzinach zaczęła piec mnie skóra i myślałem, że krem przestał działać, ale okazało się, że to wyschnięta sól wżerała się mi w skórę.

Po widowiskowym zachodzie słońca, który obejrzeliśmy na koniec dnia biwakując i pałaszując kiełbaski popijane szampanem wyruszaliśmy w drogę powrotna do Alice Springs żeby o 1.30 wreszcie wskoczyć pod upragniony prysznic a potem do łóżka.

W nocy nie mogłem wprost napatrzeć się w rozgwieżdżone niebo. Niektórych gwiazd nigdy nie widać na naszej półkuli.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Australia, podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s