Biurowe roszady

Moja koleżanka – Segolene w listopadzie złożyła wymówienie. Rozmowy z managementem niczego nie zmieniły, wciąż musiała pracować po 14-15 godzin na dobę, dodatkowo w soboty a czasem nawet w niedziele (zamkniecie roku). Cotygodniowe pogadanki z przełożoną niczego nie wniosły, nie poprawiły sytuacji w pracy, w kółko obiecywali że wszystko wróci do normy, żeby była cierpliwa, ale sytuacja nie zmieniała się od roku. Znalazła więc sobie inną pracę w Zurychu.

Firma nie poszła jej na rękę z niczym, dyrektorka strzeliła focha i przestała się do niej odzywać, od tej pory stała się persona non grata, nie pozwolili jej nawet wykorzystać zaległego urlopu, musiała pracować do końca.

Po 1,5 miesiąca od wypowiedzenia wysłała zwolnienie lekarskie, bo miała po dziurki w nosie tej chorej atmosfery, po za tym chciała odpocząć nim zacznie nową pracę.

Natychmiast zablokowali jej wejście do komputera, telefon i wszystkie inne dostępy. Nawet pożegnalny lunch został anulowany, bo dyrektorka nie miała ochoty się z nią żegnać.

Segolene pojawiała się niespodziewanie w biurze w środę, całym zespołem zabraliśmy ją na lunch do Luce, bez dyrektorki i managerów i było to najbardziej spoko pożegnanie na jakim byłem, bez sztucznej egzaltacji, zwiędłych habazi i korpo gadki.

Ja też narzekam na brak work-life balance po tym jak rozwiązali nasz dział, zwolnili K i GH. Dlatego mam dość. Może nie mam rodziny i dzieci, ale na pewno nigdy nie było moim marzeniem notorycznie przesiadywać od rana do nocy w biurze. Siłaczką nie jestem.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz