Mannheim – Belgrad – Warszawa – Berno

Na kilka dni wracam do Szwajcarii. Zaplanowana podróż dookoła świata wymaga ode mnie całkowitej wymiany ekwipunku. To co przydawało mi się podczas kursu w Mannheim lub podczas krótkich wypadów do Heidelbergu, Speyer, Frankfurtu, Belgradu i Warszawy byłoby zupełnie bezużyteczne w Malezji, Singapurze, Australii czy krajach Ameryki Południowej. Marynarki, eleganckie spodnie i koszule nie przydadzą mi się w równikowym klimacie Singapuru, wędrując po krętych uliczkach kolumbijskiej Kartageny, stolicy Ekwadoru Quito, w lasach Amazonii w Manaus czy na plażach Rio de Janeiro.

Stęskniłem się za domowymi pieleszami z M., jego kuchnią i naszymi wieczornymi rozmowami o tym jak każdemu minął dzień. Z nieukrywaną radością zamykam rozdział pt. kurs niemieckiego. Nadal uważam, że był to bardzo dobry pomysł, ale cieszę się, że nie byłem tutaj pozostawiony sobie, że odwiedzili mnie rodzice, M z P. i F, właściwie pożegnałem się z R, że spędziłem weekend w Belgradzie odwiedzając Iron Gate przy granicy z Rumunią i że ostatni mecz polskiej reprezentacji na Euro 2016 obejrzałem siedząc wśród polskich kibiców we Flow na Chmielnej w Warszawie. Inaczej po 4 tygodniach bycia sam ze sobą zacząłbym chyba mówić do siebie.

Lubię wracać do Belgradu. Pomimo widoków ubóstwa, niesamowitą radość sprawia mi chodzenie po zaniedbanych ulicach stolicy Serbii, poznawanie miejsc wszystkimi zmysłami a moje serce przepełnia niewytłumaczalne uwielbienia dla tego kraju i do jego dumnych, przystojnych i krewkich mieszkańców zmagających się miłosnymi uniesieniami. Przyjeżdżam tutaj od czasu do czasu przypomnieć sobie jak daleko zaszedłem. Podobnie jest Warszawą.

Czy naganne jest poddawanie się atmosferze takich miejsc, czy okropne jest podróżować przez czas, wieki historii, bez ambicji większych niż dotarcie do miejsc gdzie można smakowicie zjeść, skosztować lokalnego wina albo innego lokalnego trunku. Albo zdrzemnąć się z książką w parku na trawie w centrum ruchliwego miasta na wprost fontanny i Wasserturm. Oczywiście nie można żyć bez końca w taki sposób, rzeczywistość, obowiązki, rachunki, zdrowie oczywiście na to człowiekowi nie pozwolą. Ale może akurat w krótkiej perspektywie to najlepsze rozwiązanie biorąc pod uwagę nieznośną rzeczywistość i zamęt w życiu zawodowym. Dlaczego wszystko musi mieć praktyczne zastosowanie? Przez całe lata byłem taki skrupulatny i ułożony – pracowałem, jeszcze pracowałem, zawsze dotrzymywałem deadlinów, nie zaniedbywałam bliskich mi osób ani swoich zębów, rat kredytu, rachunków, zobowiązań towarzyskich itd. Czy życie składa się wyłącznie z obowiązków? Daleko mi do porównywania moich osobistych zamętów z tragediami wielkich miast, mój kryzysik tożsamości nie ma wymiarów epickich, moje życie osobiste nie rozsypało się na kawałki, nie przeżyłem wojny czy lat tyranii. Poza tym posiadam finansowe środki by z łatwością go opanować.

Kiedy człowiek zagubi się w takim gąszczu, czasami zajmuje mu dłuższą chwilę, nim uświadomi sobie, ze się zgubił. Bardzo długo jesteśmy przekonani, że zboczyliśmy ze ścieżki tylko odrobinę, że już lada moment znajdziemy się z powrotem na szlaku. A potem przychodzi jedna noc za drugą i nadal nie mamy pojęcia, gdzie się znajdujemy, i wreszcie musimy przyznać, ze tak daleko odeszliśmy od ścieżki, ze już nawet nie wiemy, po której stronie wschodzi słońce.

Przeczytałem gdzieś, że doświadczanie przyjemności może być kotwicą od której zaczyna się budowanie nowej tożsamości. Podczas ostatnich kilku tygodni dostrzegłem zapowiedzi szansy powrotu do normalności, powrotu do pracy i znalezienia w sobie sił chwycenia życia za rogi.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze, praca i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s