Rocznica ataków 11. września, po mimo niedzieli miasto wydawało się być bardziej niż zwykle zakorkowane, wcześnie rano spakowaliśmy się, zostawiliśmy bagaże w recepcji i oboje pojechaliśmy na Fisherman’s Warth a potem na lunch do Cheescake Factory na Union Square. M. przeznaczył swoje latami zbierane mile na podniesienie komfortu naszej powrotnej podróży samolotem i z San Francisco wracaliśmy pierwszą klasą. Nie był to Boeing, którym lecieliśmy do Los Angeles, tylko stary Airbus z równie wiekową pierwszą klasą, którą pieszczotliwie nazwaliśmy vintage: stare fotele, choć rozkładające się do pełni płaskiego łóżka, stary pilot na kolorowe guziki, wiekowy mini monitor z paroma starymi filmamami, który w moim przypadku ciągle się zawieszał i trzeba było go restartować. Ale przecież darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
Dobrze być wreszcie w domu.
Umówiłem się na spotkanie z dyrektorką. Bez zbytniego owijania w bawełnę powiedziałem jej że jestem gotowy wrócić. Skalkulowałem sobie że to mi się opłaca, by szybko odzyskać stały dopływ gotówki i dostęp do świadczeń a za kilka miesięcy dostać dodatkowy miesięczny płatny urlop a potem i tak bym się zwinął. Szybko się napaliłem na ten mój przebiegły plan, ale też szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Usłyszałem, że na chwilę obecną nie mają mi niczego do zaoferowania, może w marcu, może w maju, ale to nic pewnego. No trudno…
