Z serii ciekawych i niezapomnianych interview

W tygodniu przed wylotem do Malezji znalazłem ogłoszenie o pracy w Düsseldorfie. Stanowisko brzmiało całkiem sensownie, profil kandydata wypisz wymaluj cały ja, na dodatek gigant telekomunikacyjny, olbrzymia międzynarodowa firma, z obietnicą ciekawych wyjazdów – jedyne ale to, że był to chińczyk, więc mogłoby mi być nie po drodze z ich kulturą pracy. Postanowiłem się jednak za wczasu nie uprzedzać i wysłałem swoje cv. Wróciłem właśnie z imprezy z Blueboy gdy zadzwoniła komórka, miła pani z typowo chińskim imieniem Yiting opowiedziała mi po krótce o stanowisku, zadała kilka pytań, zanotowała oczekiwania finansowe i ustaliliśmy, że jeśli klient będzie zainteresowany zorganizuje dla mnie videokonferencję. Na wynik pierwszej rozmowy nie musiałem długo czekać, w poniedziałek dzwoniła już, żeby potwierdzić moją dostępność. Na początku łudziłem się, że rozmowę przeprowadzimy przez skype’a, ale okazało się, że „Make it possible” ma swoje biuro w Bernie i zapraszają mnie do siebie.
Imponujący szklany biurowiec w sąsiedztwie HP, banku i paru innych mniejszych firm, na pierwszy rzut oka typowo korporacyjny standard: recepcja, przepustki, open space, laptopy, tu i ówdzie salki konferencyjne wszystko oczywiście sygnowane logo marki.
Moja przyszła manager w średnim wieku, ok 40 lat, z dłuższymi ciemnymi włosami, elegancka w stylu chińskim, powiedziałbym że wyglądała schludnie i nijako, trudno było mi wyczuć emocje, bo mówiła po angielsku w ten sam jednostajnie bezbarwny sposób, zero emocji.
Słyszałem, że u Chińczyków pracuje się dużo i długo, ale praca od 9 do 18, 2-3 godziny dodatkowo każdego dnia i na dodatek za darmo trochę ostudziły mój zapał, brak możliwości pracy z domu, choćby wieczornej telekonferencji z zacisza własnej sofy – wszystko musiało odbywać się w biurze, nawet laptopa nie pozwalali wynosić do domu. Nie wyglądało to kolorowo. Chcieli żebym zaczął za nie całe 2 tygodnie, ale nie zgodzili się pomóc znaleźć mieszkania czy choćby jakiejś agencji na pierwszy miesiąc. Wspaniałomyślnie potwierdzili najgorsze przypuszczenia, że work-life balance mogłem uskutecznić od piątku do poniedziałku od 21 do 9.
W kółko pytali tylko ile byłbym wstanie dla nich zaoszczędzić, bo mają bardzo wyśrubowane targety, choć sami nie wiedzą jakich używają systemów i aplikacji, kto zarządza polityką, czy planują wdrożyć dostępne na rynku technologiczne rozwiązania, jedyne co chcieli usłyszeć to deklaracje, że pomogę zaoszczędzić im miliony.
Na drugi dzień rano dzwonili, już z zaproszeniem na ostateczną rozmowę w Düsseldorfie.

Odmówiłem. Okazało się, że nie ja pierwszy, przede mną aplikowało już kilku podobnych śmiałków. Żółte, kulturowo upośledzone debile próbują zrobić w Niemczech drugie Chiny i dziwią się, że nikt nie chce u nich pracować.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz