Zawirował świat

Obudziłem się dziś przed 3.30 ze straszliwym bólem głowy, pokłosie wczorajszego dnia a zwłaszcza późnego popołudnia. Z każdym ruchem ciała przeklinałem w myślach, że kupiłem sobie ten bilet to Belgradu i że jeśli nie wsiądę do samolotu o 5.35 to przepadną mi samolot, hotel i weekend w Szwajcarii z M.

W głowie mi szumiało, z trudem próbowałem przywołać listę rzeczy o których nie wolno było mi zapomnieć, co parę minut myślałem, że zwymiotuję pakując rzeczy do walizki. Odetchnąłem z wyraźną ulgę, gdy dostałem SMS, znaczyło że zachowałem resztki zdrowego rozsądku i nie zapomniałem poprzedniego wieczoru zamówić taksówki na lotnisko.

Muliło mnie strasznie w drodze na Strachowice, do końca nie byłem pewien czy zdołałem wsiąść na pokład samolotu, ale udało się. 

Wczoraj od 15. praktycznie wisiałem na telefonie, rozmawiałem z GH, ludźmi z pracy, przyjaciółmi, M, rodziną dzieląc się nowiną…

Dzień w pracy jak co dzień, pojawiłem się w biurze po 9., kawa, jedna, druga, potem cappuccino i pogaduchy, postukałem trochę w klawiaturę, potem znowu stanąłem przed dylematem: kawa czy herbata, poza tym co na lunch? W kalendarzu zaplanowane miałem tylko dwa spotkania: 1:1 z szefową i drugie, całego zespołu dotyczące projektów konsolidacyjnych na 2019 rok. Oba krótkie, tylko po pół godziny.

Jeszcze wczoraj żartowałem, że 30 minutowe spotkanie dotyczące projektów nie wróży niczego dobrego: 10 minut tytułem wprowadzenia, następne 10, że jest bieda, bryndza, nędza, brak budżetu, a ostanie to szansa by każdy mógł wyrzucić swe żale i ogólne niezadowolenie z takiego stanu rzeczy. Nie wiedziałem wtedy jak bardzo moje słowa okażą się prorocze. Koleżanka organizujące to spotkanie, skomentowała tylko krótko: jutro wszystkiego się dowiecie.

Punkt w południe poszedłem na lunch z kolegą z innego działu pożalić się na wszechobecnie panujący burdel i marazm w naszej firmie, śmialiśmy się tylko, że póki zgadza nam się kasa na koncie, nie mamy co panikować czy wykonywać gwałtownych ruchów. Obaj za krótko tu pracujemy, by rzucać papierami i szukać czegoś innego.

Siedziałem przy komputerze odliczając minuty do 1:1 z szefową zza oceanu, gdy niespodziewanie zagadała mnie na komunikatorze. Poprosiła czy mógłbym dołączyć do telekonferencji odbywającej się w salce konferencyjnej. Poszedłem od razu, przypominając sobie dopiero przed drzwiami sali, że przecież nie zabrałem ani laptopa ani słuchawek. Szybko zdecydowałem, że wchodzę, najwyżej będę musiał wrócić do biurka. 

W sali panował spokój i naturalny porządek, przy olbrzymim stole siedziała moja koleżanka, jakaś kobieta a głos szefowej rozbrzmiał po krótkiej chwili z zestawu głośnomówiącego. W pierwszym zdaniu usłyszałem, że nieznajoma kobieta to kobieta z HR i w ułamku sekundy rozpoznałem o co chodzi na tym spotkaniu…

Szefowa mówiła krótko i na temat, precyzyjnie dobierając słowa dzieląc się ze mną decyzją zapadłą gdzieś wyżej. Na koniec usłyszałem słowo dziękuję. Miło i profesjonalnie.

Kobieta z HR była tylko po to by dopełnić formalności: przedstawić warunki rozwiązania umowy, wytłumaczyć przysługujące mi prawa i obowiązki, szczegóły dotyczące pakietu i odpowiedzieć na ewentualne pytania. Potem mogłem pójść do domu.

W przeszłości przerabiałem już zwalnianie pracowników, poprosiłem by przejść od razu do konkretów: czego ode mnie oczekują, czy mam jakieś opcje, i co mi oferują. 

Zdziwiło mnie, że nie kazali mi niczego podpisać, nie odebrano mi identyfikatora, ani komputera, nikt nie eskortował mnie do biurka ani potem do wyjścia. Poproszono bym nie mówił nic zespołowi i tej obietnicy dotrzymałem: wypisałem szybko w notatniku komórki dwa zdania: „Oficjalnie nie mogę powiedzieć. Ale mogę napisać. Redukcja etatów: ja, Daria, Monika, Adam”.

Wychodząc z sali pilnowałem się żeby nie dziękować za spotkanie, nie potrafiłem dobrać odpowiednich słów co głośno oznajmiłam wywołując lekki uśmiech na twarzach obu kobiet. Nikt nie dziękuje przecież za to, że został zwolniony.   

A. od razu zapytała mnie o czym było spotkanie gdy wróciłem do biurka i zacząłem pakować swoje rzeczy. Położyłem telefon by mogła poprzeć na jego ekran. „Że co, kurwa?” rozbrzmiało od razu. Jej reakcja zaciekawiła też P., przesunąłem telefon w jego kierunku i po sekundzie poleciał cały ciąg inwektyw. Nie zostałem tam, popatrzyłem w kierunku dziewczyn chowających się po salkach i próbujące ukryć łzy. Nie widziałem sensu, żeby na kogoś czekać…

Popatrzyłem na zegarek, dochodziła 15, trochę za wcześnie żeby iść do baru, ale taki dzień i taka „okazja” usprawiedliwiała ten pomysł. Podwójny Last Word i dwie kolejki podwójnego Bushmillsa zadziałały szybko, znieczulenie zaczęło działać… 

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Zawirował świat

  1. Ultra's awatar Ultra pisze:

    Taki rodzaj zwolnienia jest stresujący.

Dodaj komentarz