Dolecieliśmy! Szczęśliwi i wcale nie tak zmęczeni jak bym się tego spodziewał. Samolot o czasie wylądował na Międzynarodowym Lotnisku w Miami. W związku z tym, że był to inauguracyjny lot nowego połączenia podjeżdżając pod rękaw przywitał nas salut wodny: wóz strażacki i polewanie maszyny wodą. Pierwszy raz odkąd latam do Stanów odprawa paszportowa przebiegła tak szybko i bez jakichkolwiek pytań. Nie wiem co się stało, ale nie dostałem nawet pieczątki w paszporcie. Pogoda w Miami przywitała nas upałem i okrutną wilgocią. Znaleźliśmy przystanek supershuttle i po godzinie rozpakowywaliśmy się już w naszym hotelu na Meridian Avenue. Nasze wynajmowane studio posiadało wszystko czego potrzebowaliśmy na te kilka dni: w pełni wyposażoną kuchnię, lodówkę, zmywarkę, wygodne łóżko, czystą łazienkę i taras… tyle że ten akurat z widokiem na ulicę i parking. Do ulicy pełnej restauracji i barów mieliśmy raptem 5 minut pieszo, a do Whole Food niecałe 20. Na zakupy spożywcze wybraliśmy się nazajutrz i o ile w tamtą stronę szło się całkiem przyjemnie, to na powrót obładowani zakupami zamówiliśmy sobie ubera. W hotelu dużo czarnych i grubych kobiet, na ulicach za to głównie panuje hiszpański i czasem naprawdę łatwiej dogadać się w tym języku niż po angielsku.
Wieczorem wybraliśmy się na drinka. Matko, jak tutaj jest masakrycznie gorąco.

Ja wylądowałem w Miami dzień po Thanksgiving. Byłem z kilka dni. Także końcówka roku. Zima. O maryjo! Piekło! Ale ponoć potrzeba roku, żeby się przyzwyczaił organizm. Krew się rozrzedza i nie odczuwasz tego tak