Integracja nie jedno ma imię

Ledwo z Niemiec wróciłem a zaraz w piątek jechałem na firmową imprezę integracyjną. Dla tych których to dziwi, że w pracy tylko się integruję zamiast pracować, przyznaję się mam te same spostrzeżenia. Tak się podobno przypadkiem złożyło, że mój dział miał imprezę po imprezie, ale nie będę z tego powodu przecież płakał. Jak się każą bawić, to ja nie będę wyskakiwał przed szereg i dyskutował z decyzją samej najwyższą dyrekcji.

Na piątek i sobotę wysyłali nas hotelu SPA w Niemczy, kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia. Wcześniej robili zapisy, a na kilka dni przed wyjazdem dostaliśmy mail z informacją, że mamy dobrać się w pary, bo pokoje są dwu lub trzyosobowe.
Świeżak jestem, poza tym trochę wygodny i spoza typowego kręgu młodych, gniewnych korpoludków dlatego pomyślałem pewnie znajdą dla mnie jakąś wygodną jedyneczkę, nie będę przecież dzielił pokoju z jakimś wystraszonym pryszczatym niedoświadczonym młodym narybkiem, który będzie mi opowiadał jak to mu się w korpo podoba, że dostał bon na siłownię i że mleko sojowe jest w lodówce i że ma laptop, mieszka z bratem w wynajmowanym mieszkaniu w najbardziej odległej części Wrocławia i że za rok liczy na awans, 300 % podwyżki, za które kupi eleganckie mieszkanie na kredyt, gdzie wprowadzi się z przyszłą żoną, którą wyrwał w potupajce i zaczną uskuteczniać masową produkcję dzieci.
Kolega, który organizował nam wyjazd rozczarował mnie, przekazując mi smutną wiadomość, że sorry ale jedynek brak, muszę sobie kogoś poszukać. Wpisałem się więc na listę, do dwójki z adnotacją: „szukam niechrapiącego, nielunatykującego niegadającego przez sen współwspacza. Ja typowy Rysio z Klanu. Cel wiadomy”.
Prawie do dnia wyjazdu nikt się do mnie nie dopisał, wszystkich prawie skutecznie zniechęciła wizja dzielenia ze mną pokoju, ale w piątek rano wchodzę na sharepoint i dupa blada, jakiś Bartek ma dzielić ze mną pokój. W ruch poszedł google, linkedin, facebook i firmowe strony, chciałem obadać co to za istota będzie dzielić ze mną intymne chwile snu.
Bartek okazał się bardzo świeżym świeżaczkiem, pełnym entuzjazmu i nieskalanym doświadczeniem pracy w dużej organizacji, zaczął pracę dopiero w poniedziałek, cieszył się jak głupi z bateryjki, że od razu załapał się na darmowy wyjazd integracyjny z noclegiem! Blady strach padł na niego jak dowiedział się, że w pokoju będzie z menadżerem, bo dla niego takie stanowisko to abstrakcja i szary dym.
Poznaliśmy się po przyjeździe do hotelu. Wysoki, postawny, atletyczny, studiujący sztuki walki, trenujący na siłowni 5 razy w tygodniu, z twarzy niebrzydki, silna szczęka, zdrowe włosy, czyste paznokcie, kilkudniowy zarost, prawie superciacho. Zeza miał trochę takiego dziwnego, spojrzenie jak z obrazu papieża na ścianie, gdziekolwiek bym stał miałem wrażenie że zawsze na mnie spoziera. Poza tym cztery czy pięć razy pytał mnie jak mam na imię, bo ciągle zapominał – to chyba efekt setek ciosów w głowę na tych jego treningach.
Wchodzimy do pokoju, mamy pół godziny, nim zaczną się gry integracyjne. Bartek spytał się czy może wziąć szybki prysznic, bo po treningu na sali nie zdążył, śpiesząc się zapewne na odjazd naszego autokaru. Kiwnąłem porozumiewawczo głową, sam walnąłem się na łóżko, otworzyłem sobie butelkę białego wina i tak sobie leżę, sączę dobre winko, za oknem świeci słoneczko, w tle słychać ptaszki ćwierkające, rozkoszuję się błogim relaksem, czuję jak odpływam w błogostanie…. Bartek wyłazi z łazienki, cały mokry, bez gaci, bez ręcznika, nawet bez listka laurowego czy strzępu czegokolwiek czym mógłby zakryć swojego fafika i w progu opowiada mi, że z bratem i jego żoną mieszka, że kupił sobie nowe wypasione buty, nie jakieś palestyńskie pomykacze, że zarobki ma teraz spoko, ale ja pewnie mam większe, że chciałby kiedyś zdobyć takie doświadczenie jak ja, mieć takie stanowisko i czy mógłbym mu pomóc i doradzić, co powinien zrobić w tym kierunku, że chętnie posłucha rad starszego kolegi. Mowę mi odjęło…

W ramach zabawy integracyjnej budowaliśmy auto z kartonu i drewna, myślałem że kazać mi będą zająć się dekoracjami, doborem koloru i przystrajaniem maski eleganckimi dodatkami z kokard, brokatu i bibuły, potem że może każą wycinać dziwne kształty w tekturze, ale nie – dostałem za zadanie przykręcić koła co wydawało się czynnością banalną. Klucz francuski widziałem głównie w horrorach jak się nim wali kogoś po głowie albo w twarz, ale że coś najpierw ręcznie, prawidłowo rolowanie po gwincie z wyczuciem, że system naprzemienny, po drugiej stronie otworu centrującego felgi, że felga ma równo ułożyć się na piaście to było zupełnie nie na moje nerwy. Jakiś miły człowiek z obsługi eventu przykręcił mi pierwsze koło, potem zademonstrował jak przykręcić drugie, oczywiście nie zrozumiałem instrukcji więc pomógł mi przy trzecim a czwarte zrobił mi już w gratisie, z litości bo poharatałem sobie opuszki palców od trzymania tego żeliwnego złomu.
Po wszystkich tych szrankach i konkurach nadszedł czas na zasłużoną kolację, grilla i duże ilości wina, piwa i pląsów na parkiecie. Dziewczyny jak sobie popiły, to zrobiły się bardziej wylewne, zaczęły obgadywać nowo zatrudniony narybek rodzaju męskiego i wszystkim jak jeden mąż wpadł w oko Bartek. Zaczęły prześcigać się w fantazjach, sprośnych komentarzach i pomysłach, która co i jak by mu robiła. Jak zorientowałem się o kim mówią wygadałem się, że śpię z nim w pokoju, ba, że widziałem nawet atrybuty, które one mogą sobie tylko wizualizować. Nie czekając długo jak rozwinie się sytuacja przygarnąłem go do naszego stolika.
Wróciłem do pokoju przed 3 nad ranem, kolegi nie było i nawet nie wiem gdzie spał. Wrócił zmęczony około 6 i jak długi walną się w ubraniu na łóżko. Wychodząc o 8 z pokoju, zostawiłem mu 50 zł na stoliku, żeby zapłacił za butelkę wina, którą napocząłem po przyjeździe. Dopiero wsiadając do auto zajarzyłem, jak dziwnie musiało to dla niego potem wszystko wyglądać.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Integracja nie jedno ma imię

  1. Ultra pisze:

    Świetna charakterystyka korpoludków, ich mentalności, sposobu patrzenia na świat i siebie wzajemnie. Taka to integracja, czyli wyłazi szydło z worka…
    Serdecznie pozdawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s