Niespodziewana wizyta

Mój kolega Hindus, którego poznałem kilka lat temu pracując jeszcze w Szwajcarii, niespodziewanie odezwał się do mnie na whatsup, informując że za kilka tygodni przyjedzie do Polski na tranzycję. Ostatni raz widzieliśmy się w Hajdarabadzie, podczas mojego pobytu w Indiach zgotował mi bardzo miłą niespodziankę zapraszając mnie do swojego domu. Sreeni przełamał wtedy pewnego rodzaju tabu klient – dostawca, wtedy dla wielu było to nie do pomyślenia żeby się tak z kimś bratać. Pamiętam jak pałowaliśmy się z jego przełożonym, w oczach którego pomysł wydawał się absurdalny, ale i tak postawiłem na swoim. Od początku uważałem, że nie muszę nikomu tłumaczyć się jak spędzam swój prywatny czas w Indiach, tylko Sreeni był innego zdania. Dla niego ważniejszym było zakomunikować to wszystkim wokół i nic dziwnego, że napotkał opór. Im bardziej naciskali, tym obaj bardziej byliśmy uparci. Pozostałem głuchy na komentarze starszych, bardziej doświadczonych Hinduskich kolegów, którzy próbowali odwieść mnie od tego niedorzecznego pomysłu, kreując wizje: zatrucia pokarmowego, choroby i innych nieszczęść, ale dla mnie zamysł wydawał się najzwyczajniej w świecie super, los wygrany na loterii, doświadczenie jedyne w swoim rodzaju i nikomu nie powinno być nic do tego jak spędzam swój czas po pracy. Niezrażony czarnowidztwem przełożonych pojechałem wtedy do prawdziwego hinduskiego domu i spędziłem bardzo miłe przedpołudnie. Obiecałem mu też wtedy odwdzięczyć się kiedyś za ten piękny gest, za jego gościnę, w ogóle za ten pomysł.

I tak rozmawiając przez telefon zobowiązałem się odwiedzić go w Warszawie, spędzić z nim cały weekend, by oprowadzić go trochę po polskiej stolicy. Nasze plany pokomplikowały się trochę kiedy okazało się, że nie będzie on spał w Warszawie tylko w Modlinie, ale nie zraziłem się tym. Zamówiłem nam hotel w centrum i zobowiązałem Sreeniego, żeby tylko zdołał dojechać do Warszawy Centralnej – o resztę zadbałem ja. Z jednej strony odezwał się we mnie dług wdzięczności, z drugiej chciałem żeby miał coś dla siebie z tego dalekiego wyjazdu a niżeli samą satysfakcję z pracy i codzienne pokonywanie trasy hotel – biuro – hotel.

W dniu spotkania zniknęły mi radość i entuzjazm, było zimno i wietrznie, nie chciało mi się wyściubić nosa z domu a co dopiero łazić po mieście. Poza tym kolega zaczął trochę wymyślać, co to by on nie chciał zobaczyć i jak spędzić wspólny czas. Lekko dobił mnie swoimi wymaganiami dietetycznymi – wegetarianin który nie je jajek. Oznajmił mi to w piątek wieczorem kiedy na szukanie odpowiedniego miejsca nie było już czasu. Przebąkiwał coś, że zjadłby też świeżo złowioną rybę w przytulnej, eleganckiej restauracji, ale uznałem to za fanaberię, bo Sreeni choć miły, wychodzić z nim do ludzi to trochę obciach. Mój kolega ma tę przypadłość, że wydaje z siebie bardzo głośne, nieprzyjemne dźwięki w postaci bekania co w większości miejsc publicznych sieje zgorszenie, poraża brakiem kultury i towarzyskiej ogłady. Próbowałem z nim o tym delikatnie rozmawiać, ale wygranie z jego przyzwyczajeniami i wychowaniem wydaje się być niemożliwe. Najpierw głośny przeszywający ciszę bek okraszony przykrym zapachem z wnętrza żołądka a potem słowo przepraszam – tyle tylko udało mi się z nim wynegocjować.    

Przy okazji odwiedziłem swój dawny ulubiony hotel w Warszawie, był po remoncie i wyglądał naprawdę elegancko. Niestety z dawnej ekipy pozostała tylko szefowa F&B, która wypatrzyła mnie w hotelowym lobby i podeszła żeby zaprosić mnie na kawę. Miło było odwiedzić stare śmieci, przywołać dawne wspomnienia i odgrzebać sentymenty, które dawno pokrył kurz. Tamten ja już nie istnieje, mieszkam i pracuję teraz w Polsce a kulinarno-barowe szaleństw – nie są mi głowie, szkoda mi poza tym pieniędzy.

Zabrałem Sreeniego na kolację do Libańczyka, zorganizowałem zwiedzanie miasta na elektrycznej hulajnodze co w jego przypadku okazało się atrakcją porównywalną z audiencją w Pałacu Prezydenckim. Uśmiech i radość nie znikały z jego twarzy przez długi czas.
Zachwycony atrakcjami pierwszego dnia Sreeni oznajmił mi że w sobotę dołączy do nas jego przełożony, też Hindus bo nie wypadało żeby szef siedział w hotelu kiedy on dobrze bawi się w stolicy. Z jednej strony spoko, z drugiej, znając mentalność Hindusów nie zamierzałem dopuścić, żeby jakiś śniady menago waletował u nas w pokoju na podłodze albo żebym musiał spełniać życzenia i organizować kolejne atrakcje dla jakiegoś przypadkowego jegomościa. Pan manager na szczęście okazał się mało wymagający, za to nieszczęśliwy, że musiał przylecieć do Polski, krytykował wszystko od cen po pogodę, polską mentalność i naturalnie brak specjałów kuchni indyjskiej na każdym rogu.

Miesiąc później Sreeni przyjechał też do Wrocławia, chciałem pokazać mu inne miasto, po za tym wiedziałem że kolejny z weekendów planował spędzić w Krakowie i Wieliczce.
Podczas tej wizyty wyznał mi, że nie pił nigdy nic prócz piwa i wina, a że trafił na prawdziwego mistrza ceremonii barowej, nie ociągając się długo zabrałem go do cocktail baru na szczodrą degustację. Jego komentarz, że po alkoholu cierpną mu usta i ma ochotę całować wszystkie dziewczyny wokół przejdzie do historii. Nie jadł też nigdy sushi, bo w Indiach to droga sprawa, zaproponowałem mu kolację na próbę. Miał okazję spróbować każdego specjału kuchni japońskiej, ale smaki niestety nie przypadły mu do gustu.
Mieliśmy więcej szczęścia z pogodą, bo przez cały weekend świeciło słońce. Wiedziałem już nawet gdzie zabrać go na obiad, bo obok biura CS jacyś Nepalczycy otworzyli restaurację.

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s