Weekend

Czekałem na ten weekend z wytęsknieniem od środy. W pracy jak zwykle wszystko rozeszło się po kościach, nieoczekiwane zachowanie zrzucono na drenujące mnie zmęczenie i przesilenie pogodowe, uznano że miałem słabszy dzień i potrzebowałem wziąć wolne, stąd nikt nie robił mi z tego powodu żadnych wyrzutów. Nie, nie spodziewałem się, że nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat corpo zmieni się na lepsze. Kolejny raz, niemal podręcznikowo potwierdziło się, że corpo rządzi się własnymi prawami a corpoplankton co najwyżej może tupnąć nóżką, strzelić focha albo poszukać sobie innego zajęcia. Wprawdzie można wszystko ludziom wytłumaczyć, ale nigdy nie sprawi się, że zrozumieją.. W piątek czeka mnie jeszcze przeprawa pt. ocena roczna, podsumowanie celów, których nota bene nie widziałem nigdy na papierze ani w wersji elektronicznej. Nie napalam się na bonus, choć jeszcze kilka tygodni temu pozwalałem sobie łudzić się, że spotka mnie awans i auto służbowe. Teraz co raz częściej opadają mi ręce, zwietrzał mój optymizm i najzwyklej w świecie przejrzałem na oczy. Nie chcę jednak stawiać wszystkiego na jedną kartę, rzucać papierami, grozić odejściem. Póki mam swoje prywatne cele na następne kilka miesięcy, nie będę fundował sobie niepotrzebnie życiowych rewolucji. MBA – szkolenie – certyfikacja – prawko – auto – mieszkanie – nowa praca. To są moje priorytety na następne miesiące i tego porządku chcę się trzymać. Jeśli wydarzy się coś niespodziewanego, będę korygował cały swój koncept, ale na razie mam bardzo jasno określony plan.

W piątek po pracy spotkałem się z bratem. Poszliśmy na wspólny, spontaniczny shopping a potem na długi spacer i grzane wino w Rynku. Spontanicznie zdecydowałem wybrać się nazajutrz z nim i jego żoną w odwiedziny do teściów. Pierwszy i ostatni raz widziałem ich na weselu brata, więc myśl wydała mi się bardzo kusząca. Poza tym nie chciałem spędzić weekendu przed telewizorem, bezmyślnie klikając w pilota, gnijąc w łóżku ani zakopany po czubek głowy w podręcznikach i książkach.

Wyspałem się. Sobotni poranek spędziłem bardzo leniwie oglądając film na Netfliksie, pijąc kawę nie wychodząc z łóżka przed 10, ciesząc się widokiem słońca zza okna. Wizyta w Głogowie u teściów brata bardzo udana, obiad jak w najlepszej restauracji serwującej dania kuchni polskiej: smaczny rosół, prawdziwy, ręcznie robiony makaron, ogromne schabowe, duszone ziemniaki, gotowana marchewka, ogórki kiszone, grzybki marynowane, mizeria i szarlotka na deser. Pal licho moją dietę pudełkową – raz na jakiś czas warto sobie pofolgować dla przypomnienia sobie domowych smaków.

Wieczorem przypadkiem dałem zaprosić się obcemu na drinka – spotkanie tematyczne, z dobrze zapowiadającym się scenariuszem, pełnym wartkiej akcji i z łatwym do przewidzenia finałem, które niestety nie skończyło się pomyślnie. Przed północą wróciłem do domu, lekko uszkodzony i bez uczucia happy endu.

W niedzielę na spacerze wokół toru wyścigów konnych spotkałem się z M. Pogoda dopisywała, z przyjemnością było wyjść na świeże powietrze i odpocząć od mrozów i śniegu. A wieczorem niespodzianka! Niespodziewanie odezwał się znajomy z heterochromią. Miałem wcześniej położyć się spać, bo byłem zmęczony, miałem dokończyć pracę, nadrobić zaległości, miałem się uczyć a summa summarum nie udało mi się nic. Uraczeni winem bardzo przyjemnie nam się rozmawiało a potem w nocy budziłem się kilkakrotnie, podziwiając imponująco olbrzymi, wytatuowany na muskularnych plecach symbol feniksa…

Jak na weekend bez planów spotkało mnie wiele przyjemności.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz