Na Arubę wybrałem bardzo wczesny lot, co potem się na mnie zemściło, bo musiałem czekać prawie dwie godziny zanim wydali mi klucz do pokoju. Za to nie musiałem długo czekać na przesiadkę w Panamie. Copa zrobiła mi niespodziankę w postaci upgradu, więc na Tocumen za darmo zjadłem śniadanie i napiłem się kawy w loungu. Śmieszne uczycie, przypomniałem sobie, że prawie 7 lat temu byłem tutaj w ostatniej podróży do Ameryki Południowej – w sumie historia zatoczyła krąg.






Na lotnisku w Medellin przed wydaniem kart pokładowych poproszono mnie o świadectwo szczepienia przeciwko … żółtej febrze. Na szczęście byłem na to przygotowany.
Przed wylotem na urlop sprawdziłem zasady wjazdu do obu krajów i okazało się, że przylatując na Arubę z Kolumbii albo każdego innego kraju Ameryki Południowej, wymagane jest to świadectwo szczepienie o czym nie wiedziałem, bo nie było to takie oczywiste. Kiedyś zaszczepiłem się przeciwko żółtej febrze lecąc do Tanzanii, ale to było kilkanaście lat temu a szczepienie ważne jest tylko 10 lat. Zadzwoniłem do lekarza medycyny podróży, zapytać ile będzie kosztował mnie taki booster. Cena okazała się spora: 300 zł + 50 za wydanie żółtej książeczki. Jak wdałem się w głębszą rozmowę z pielęgniarką, dowiedziałem się, że szczepienie przeciwko żółtej gorączce ważne jest bezterminowo, bo zmieniły się wytyczne WHO. Poradziła mi sprawdzić czy aby na pewno muszę je wykonać, bo prawie 400 zł „piechotą nie chodzi”. Nie wiedziałem do kogo napisać, na stronach naszego MSZ niczego nie znalazłem, podobnie na holenderskim ani na forach podróżniczych. Przypadkiem znalazłem stronę aruba.com, na której było coś więcej o wymaganym szczepieniu przeciwko żółtej febrze, więc zdecydowałem do nich napisać. Odpowiedź przyszła po raptem kilkunastu minutach. Poradzono mi skontaktować się z jakimś ogólnym info mailem DVG a dodatkowo podano mi email do nijakiej Juretty. Na odpowiedź czekałem dwa dni a odpisała mi sama Juretta, która okazała się tadam tadam: Minister Ochrony Zdrowia wyspy Aruba.
Jeszcze przed wylotem z Kolumbii pobiegłem do bankomatu wypłacić dodatkowe peso, by mieć czym zapłacić za taksówkę po powrocie do Kolumbii. Znaleźć bankomat obsługujący europejskie karty wymaga uporu i szczęścia. Na lotnisku w Medellin znalazłem tylko jeden na siedem. Bankomat BBVA najpierw zabrzęczał zaszczękał, pokazał komunikat, że za operację zabiorą mi 18 zł prowizji po czym maszyna wypluła kartę, ale pieniędzy nie wydała.
Lot z Panamy na Arubę trwał niecałe 2 godziny, niebieskie, bezchmurne niebo i intensywne słońce od razu wprawiły mnie w dobry nastrój. Miła urzędniczka kontroli paszportowej wbiła mi do paszportu stempel Aruba One Happy Island i życzyła …udanego lotu, bo ewidentnie coś jej się pomyliło.
Na Arubie mnóstwo Wenezuelczyków, podobnie zresztą jak w Kolumbii, często nie mówiących ani słowa po angielsku. Kupując kawę i płacąc dolarami patrzyłem ze zdziwieniem jak niektórzy, by wydać mi resztę posiłkują się kalkulatorem.
Dostałem olbrzymi pokój na 3. pietrze z widokiem na basen.



Rozpakowując bagaż odkryłem, że zgubiłem soczewki. Groziło mi odkrywanie piękna Aruby jako osoba niedowidząca, nie mówiąc o tym że odbywanie dalszej podróży po Kolumbii byłoby lekkim koszmarem. Nauczka na przyszłość żeby zawsze wozić ze sobą zapasową parę. Z opresji uratował mnie optyk, który przywrócił mi wzrok a którego cudem wypatrzyłem szwendając się po Palm Beach.

Cierpiałam bez płynu. Bez soczewek utonelabym we własnych łzach na Arubie 🙂
Miałem okulary ale ich nie cierpię, w tym upale ciagle zlatywałyby mi z nosa
Też jakoś nie lubię okularów. Albo parują, albo się zsuwają, albo przeszkadzają przy całowaniu…
Kto to wymyślił?
Podpisuje się pod każdym zdaniem jak okulary bywają fatalne. Z drugiej strony jak jestem na randce a ktoś ściąga okulary to wiem że będziemy się zaraz całować 😂😂😂😂
Fakt! O tym nie pomyślałam:-)
Każda podróż wzbogaca o nowe doświadczenia.
Zasyłam serdeczności
Podziwiam za organizację;)).
Potrafię:) i lubię
Widać!;)