Nic nie będzie już nasze

Przypomniałem sobie za co nie lubię Szwajcarii w momencie gdy za pizzę i lampkę franciacorte zapłaciłem 50 fr. Czyli prawie 250zł. Nic nie zmieniło się na dworcu w Bernie, te same sklepy i ta sama bylejakość, byle jak ubrani ludzie, to sama rozwydrzona młodzież narkomani i bezdomni. Droga do hotelu to przedzieranie się przesz Stare Miasto pełnego dzikiej hordy turystów z Indii i Chin.

M. uprzedził mnie, że choć prognozy wskazują niską temperaturę w ciągu dnia będzie bardzo ciepło i cieszę się, że go posłuchałem, bo faktycznie gdy dotarłem do Berna było chłodnawo, natomiast w południe zrobiło się bardzo ciepło i lepko, słońce grzało dosłownie i cieszyłem się, że chodziłem przyodziany tylko w krótkie spodenki obserwując ze współczuciem ludzi chodzących w kurtkach i płaszczach, opatulonych szalikami topniejącymi od nadmiaru warstw ubrań.

Długo biłem się z myślami jak i czy w ogóle chcę spotkać się z M. Kusiło mnie, by pojechać do naszego mieszkania, bo wciąż miałem klucz, z drugiej strony gdybyśmy tam na siebie wpadli, to wyszłoby że robię mu nalot, a tego nie dałoby się wytłumaczyć w żaden rozsądny sposób. Walczyłem z emocjami, co jakiś czas napływały mi do oczu łzy, próbowałam przywołać się do porządku, ale nie zawsze mi się udawało. Raz po raz wracały wspomnienia, przypominałem sobie rzeczy, o których wolałbym teraz akurat nie pamiętać i wtedy miałem wrażenie, że nie dam rady spojrzeć mu w twarz. Łzy leciały jak grochy, byłem na siebie o to zły, próbowałam z tym walczyć, przełknąć gulę w gardle i próbować być twardym.

Zastanawiałem się jak powinienem się zachować, jaką przyjąć postawę kiedy się spotkamy, przy całym tym planowaniu w głębi duszy najbardziej bałem się, że w najmniej odpowiednim momencie po prostu się rozpłaczę i nie będę był w stanie wydobyć z siebie jednego składnego zdania. Umówiliśmy się po południu, po pracy, na dworcu, w neutralnym miejscu, zaproponowałem kawę, M. chętnie przestał na ten pomysł, znalazł czas na wspólny spacer i obiad.

Poszliśmy się przejść, kiedy na horyzoncie pojawił się majestatyczny budynek hotelu Bellevue przez chwilę zawahałem się bo, tam spotkaliśmy się po raz pierwszy. Spiąłem się próbując zmierzyć się z sentymentami, które wracały jak tsunami, na szczęście w ostatniej chwili udało się nam skręcić w bok, nie musiałem zmierzyć się z trudnymi emocjami.

Podczas lunchu w Molino śmialiśmy się z tego, że kilka liści sałaty kosztuje 25 fr. – chryste jak te ceny oszalały w Szwajcarii

Odprowadziłem go z powrotem do restauracji, wciąż trzymając się jeszcze dzielnie, potem było trudniej przy ten jeden okropny moment kiedy się żegnaliśmy i życzyłem mu dobrej pracy. Postanowiłem wrócić od razu do hotelu, wracałem w sumie zadowolony, przecież mogło być gorzej a nic takiego złego się nie wydarzyło, w sumie to, co chciałem to osiągnąłem i wyszło bardzo naturalnie, normalnie, nawet sympatycznie. Niewyobrażalne przykro zrobiło mi się na chwilę, gdy M, postawił przede mną walizkę z rzeczami, którą miałem zabrać ze sobą do Polski. Dopiero w hotelu zajrzałem do środka i wtedy dopadł mnie bezmiar smutku, bo wewnątrz znalazłem naszą ulubioną figurkę, którą kupiliśmy razem w Nowym Jorku w ramach inwestowania w sztukę i nagle coś we mnie pękło, dotarło do mnie że M. oddał mi wszystko to, co kojarzyło mu się z nami i z naszą przeszłością. Rozryczałem się, płakałam długo i intensywnie, Oscara mógłbym dostać za ten płacz.

Wieczorem wyszedłem jeszcze na spacer, poszedłem w stronę hotelu Kursaal i naszej ulubionej restauracji Giardino, w której obaj lubiliśmy przesiadywać, poszedłem na Muenster Platz. Jakoś łatwiej przyszło mi pozbierać myśli, pogodzić się że to jest moja ostatnia wizyta w tym mieście, że żegnam się z tym miastem, może nawet na zawsze, nie wiem czy kiedykolwiek wrócę jeszcze do Szwajcarii, nie wiem czy mam ochotę na te emocje i rozdrapywanie ran. Rano nie zjadłam nawet śniadania, tylko spakowałem się szybko i pierwszym porannym pociągiem pojechałem do Zurichu. Siedząc w pociągu nie mogłem doczekać się odjazdu.

W poniedziałek podpisałem papiery rozwodowe i odesłałem jego adwokatowi. Teraz tylko czekam na termin rozprawy – wideokonferencji i to będzie na tyle. Nasze małżeństwo przestanie istnieć, stanie się historią, ale może z czasem uda nam się wypracować fajną przyjaźń. Nic nie będzie już nasze, prócz pięknych wspomnień.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.