Islamabad

Wczoraj wszyscy jednogłośnie przekonaliśmy naszego przewodnika, żeby podarować sobie zwiedzania muzeum w Lahore i zamiast tego wcześnie rano wyruszyć do Islamabadu. Okazało się, że nasz wyjazd w ogóle nie przewidywał zwiedzania stolicy Pakistanu, jedynie nasz lot powrotny odbywał się z tutejszego lotniska. Szkoda byłoby podróżować tak daleko i nie zobaczyć w ogóle Miasta Islamu.

Wszyscy jesteśmy przeżarci tutejszą kuchnią, czuję że przybrałem kilka kilo od ciągłego jedzenia mięsa i lokalnej wersji chleba naan, który przypomina tłustą pitę. Z czasem odkryliśmy, że naan który znamy z Europy tutaj nazywa się roti i jest lżejszy.

Dziś rano dopadł mnie rozstrój żołądka, myślałem że eksploduję, przez całą drogę do Fortu Rohas nie jadłem ani nic nie piłem. Humor słabo mi dopisywał, więc naciągnąłem czapkę na głowę, okulary przeciwsłoneczne, słuchawki na uszy i do południa bojkotowałem jakiekolwiek towarzystwo. Nim dotarliśmy do Fortu Rohas kolejne osoby zaczęły skarżyć się na problemy żołądkowe. Zaczęło się polowanie na parkingi oferujące „zachodni standard” toalet, bo na widok dziury w ziemi większość grymasiła.

Islamabad jest bardzo czysty, zielony, jego ulice są wysprzątane, budynki zadbane, a trawa równo przystrzyżona, zupełnie jak nie w Pakistanie. Na ulicach piękne zachodnie auta i bogactwo, które rzuca się w oczy. W Islamabadzie poszliśmy na wspólną kolację do Afgańczyka restauracji Kabul znajdującej się nieopodal naszego hotelu.

O północy miałem zamówioną taksówkę na lotnisko, bo stąd wracałem już do Polski. Część grupy wylatywała dopiero nazajutrz o rano, część jechała dalej na północ Pakistanu w stronę Gilgit sławną Karakorum Highway – jedną z najpiękniejszych górskich dróg, najwyżej położoną utwardzoną międzynarodową drogą na świecie, w Chinach nazywana „autostradą przyjaźni”.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Islamabad

  1. Problemów żołądkowych nie zazdroszczę…dobrze że całkowicie nie zniweczyły wycieczki.
    Wracają do pierogów, schabowych, bigosu itp;)))

Dodaj komentarz