Ucieszyłem się gdy za pracę w weekendy i święta dostałem dodatek do pensji – taki fajny zastrzyk gotówki akurat przed urlopem. Radość nie trwała długo, bo zapragnąłem przed wyjazdem odwiedzić swojego dentystę. Niewinna wizyta kosztowała mnie kilka tysięcy, bo groził mi wygląd brytyjskiego kibola bez jedynki z przodu, Vanessa Paradis w wersji polskiej, parówki mógłbym wkładać sobie w te przerwę. Choć w takich chwilach cechuje mnie krótki lont i błyskawicznie się odpalam, wolałem nie ryzykować bólu zęba ani urlopu bez siekacza.
Spałem nadzwyczaj dobrze, na znieczuleniu a gdy o 2 zadzwonił budzik byłem już na nogach. Pakując się, do końca przeglądałem jeszcze wszystkie ubrania, przebierając je i wymieniając, bo ciągle wydawało mi się, że biorę ze sobą za dużo zbędnych rzeczy. Ku mojemu zaskoczeniu bagaż choć wypchany po brzegi ważył tylko 13kg. Zamówiona taksówka podjechała punktualnie, rzuciłem okiem po domu, upewniając się czy niczego nie zapomniałem i odprężony pojechałem na lotnisko. Samolot miałem bardzo wcześnie o 5:35 a w Warszawie prawie 4 godziny na przesiadkę, co było mi akurat na rękę, bo nie chciałem ryzykować, że dotrę do Iraku bez bagażu. Godzinkę przesiedziałem sobie komfortowo w saloniku biznesowym, przy kawce i gazetce, raz po raz podsłuchując jakiejś bardzo dziwnej, podstarzałej pary, która prowadziła głośno poważne rozmowy przypominające polski serial paradokumentalny. O 5:15 ogłosili boarding, grzecznie stanąłem w kolejce i …. bum samolot się popsuł. Kazano nam czekać, najpierw 10 minut, potem 20 na koniec 120. Miałem czas w zapasie, nie panikowałem, ale jak zrobiło się bardzo późno podszedłem zapytać się co dalej z moimi połączeniami do Kataru i Bagdadu. Myślałem przez chwilę, że każą mi lecieć nazajutrz, albo wyślą do Wawy i zaproponują jakiś hotel w oczekiwaniu na następne połączenie. Dostałem nowy bilet przez Stambuł. Zamiast wylądować w Bagdadzie dziś o 19.00, pojawię się 12 godzin później – jeśli oczywiście dotrę… Wróciłem więc do domu i żeby się czymś zająć sprzątam i prasuję…
*****************************
Jest po 17, powinienem być już w Dosze i oczekiwać ostatniego odcinka podróży. Tymczasem ledwo dotarłem do Warszawy, przede mną kilka godzin czekania, żeby po niepełna trzygodzinnym locie spędzić pół nocy na lotnisku w Stambule. Jak dotrę już w końcu kiedyś do tego Bagdadu nie będę mógł nawet wznieść toastu.

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…
Spokojnej drogi, mimo wszystko.
Bywają takie siupy. Bardzo tego nie lubię. Trzymam kciuki za ich brak. Dentysta śni mi się po przejściach w kraju. Mam nadzieję bez sensacji po powrocie.