Ostatni dzień w Erbilu

Okazało się, że to co oferuje w swoim programie Lupine, znacznie różni się od tego co postanowił pokazać mi mój przewodnik. Po tym jak nie zostawił mnie z problemem, od razu zaproponował pomoc w dostaniu się do konsulatu, nieproszony z własnej inicjatywy skontaktował się z lokalnymi władzami by ułatwić nam przejazd przez Irak – mam do niego duże zaufanie i nie narzucam mu swoich widzimisię. 

Dziś w drodze do Deraluk zatrzymaliśmy się zobaczyć krystalicznie czystą błękitną wodę. Przygoda nie zapowiadała niczego wyjątkowego, po dojechaniu na miejsce zabrałem tylko lekki plecak. Ścieżki nie byli, po kamieniach przeszliśmy przez większy strumyk, gdzie oczywiście na ostatnim śliskim kamieniu noga mi się podwinęła i wpadłem jedną stopą do wody. Potem było już tylko gorzej, przejście po wąskiej skarpie w kierunku tamy, z jednej strony woda a z drugiej kilkudziesięciometrowa przepaść. Krajobraz owszem piękny, wiejski dość dramatyczny, z rzekami przypominającymi węże, które płyną między kanionami, olbrzymi wybór punktów widokowych. Po przejściu paruset metrów przestało mi się podobać, w głowie mi się zakręciło patrząc w kilkudziesięciometrową przepaść. W dodatku w plecaku miałem telefony, kasę, ipady, paszport, power banki i sama myśl że miałbym wpaść do wody wcale nie mobilizowały mnie by iść dalej. Nie wytrzymałem stresu związanego z wysokością, wskoczyłem do wartkiego strumienia lodowatej wody sącząc po polsku soczyste przekleństwa. Każdy krok wydawał się aktem odwagi, podłoże było bardzo śliskie, w każdej chwili mogłem się przewrócić, byłem zły że Murtada mnie nie uprzedził.

Wracając z Deraluk zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach. Udało mi się kupić bilet na powrót samolotem do Berlina. Zależało mi już tylko żeby szybko i bezpiecznie wrócić do Europy.

Erbil, stolica irackiego Kurdystanu, prężnie rozwijające się miasto nabierające coraz większego blasku, widać bogactwo w postaci infrastruktury, lokalnych dróg, piętrzących się w górę wysokich budynków, markowych sklepów i aut którymi poruszają się mieszkańcy. Wiele miejsc po drodze było zamkniętych: w Lalish odbywało się jakieś święto, na które mnie nie wpuszczono, w Erbilu zamknięty meczet. Im bliżej daty wylotu, tym więcej myślałem o tym czy uda mi się wsi wsiąść do samolotu i wrócić do Europy.

Wyjeżdżając z miasta przejeżdżaliśmy przez dzielnicę rządową. Budynki ministerstw, parlamentu oraz innych obiektów o charakterze politycznym często otoczone są płotem, a przy wjeździe ustawione są posterunki ochrony.

Wieczór przed wylotem spędziliśmy w okolicach cytadeli. Mieszanka mniej lub bardziej eleganckich restauracji, fast foodów, street foodów, pubów sportowych, barów z shishą, czajowni robi po zmroku niesamowite wrażenie. Była pyszna grillowana ryba i tabulah.

 

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to Ostatni dzień w Erbilu

  1. Ultra's awatar Ultra pisze:

    A jednak bezpieczeństwo najważniejsze. Co zobaczyłeś, to Twoje, przeżycia najważniejsze.

Dodaj komentarz