Dziś na miejscowym bazarze wpadły mi w oko osobliwe dzieła rękodzielnicze w postaci lokalnych dywanów: wszystkie nawiązujące do ataków z 11 września, handlu opium i wojen. O dłuższym przechadzaniu się po bazarze nie było mowy, pilot obawiał się o nasze bezpieczeństwo, bo ludzie ciągle nas zaczepiają, pozdrawiają i wołają, dzieci i kobiety żebrzą wieszając się nam na rękach, plecach i ciągnąc za ubrania. Po za tym w tłumie jest potwornie głośno, wszyscy się pchają, człowiek z trudem próbuje zrobić krok pomiędzy ludźmi, zdezelowanymi autami, wypełnionymi stertą towarów taczkami, rowerami, kramami, zwierzętami i jeszcze stara się nie wpaść do cuchnącego rynsztoka albo innej dziury w nawierzchni.


















Przewodnik dziś nas zostawił, bo jego ojciec miał zawał. Choć nie chciał, cała grupa wymusiła na nim aby nas zostawił i jechał do rodziny. Na zastępstwo na szybko dostaliśmy Alego, dużo mniej rozgarniętego i o wiele mniej przystojnego. Pan, głównie kiwa głową, na pytania odpowiada „tak” lub „nie wiem”. Mało mamy z niego pożytku, bo nie przydaje się nawet w sytuacji kiedy rzucają się na nas hordy dzieci żebrzące o pieniądze. Ruhollah potrafił je odpędzić, z Alim jesteśmy szarpani, ciągnięci na rękawy, plecaki, słyszymy wykrzykiwane na zmianę „money money” albo „fuck off” „fuck you” i tak przez całą drogę, aż uda nam się zamknąć w samochodzie.















Buzkashi – sport popularny wśród grup etnicznych w Azji Środkowej, od Afganistanu po Kazachstan. Polega na tym, że jeźdźcy rywalizują miedzy sobą o przejęcie kontroli nad martwą kozą by na koniec odjechać w dowolnym kierunku, aż nikt nie będzie w stanie cię dogonić. Aby było jeszcze bardziej skomplikowanie, można wziąć udział w bardziej zaawansowanej wersji gdy, w której jeźdźcy muszą zanieść martwą kozę na koniec pola, okrążając pole ze znakiem, a następnie spróbować wrzucić kozę na ring. Podczas gry buzkashi szedłem przed murawę w otoczeniu dziesiątek rozdartych, rozhisteryzowanych, brudnych bachorów w poszarpanych ubraniach i czułem się niczym legendarny Michael Jackson wchodzący na stadion, żeby dać koncert. Myślałem, że dzieciaki wepchną mnie pod konie, na pomoc nie mogłem liczyć z żadnej strony, bo każdy przechodził tę samą gehennę.













Na ZNACZNIE mniejszą skalę doświadczyłem żebrzących dzieci (i nie tylko dzieci) w Indiach. Wrażenie okropne.
Myślę że każda skala tego widoku pozostawia ślad w pamięci.