Od kilku miesięcy planowałem ten wyjazd. Turkmenistan ściga się z Północną Koreą o miano najbardziej zamkniętego kraju świata. Korea Północna pozostaje zamknięta dla odwiedzających ją turystów od czasu pandemii, w połowie lutego otworzyli granicę raptem na 4 tygodnie, by w połowie marca znowu ją zamknąć. Urlop i zakup pamiątek w Pjongjang musi niestety poczekać.
Stąd właśnie Turkmenistan ma szansę teraz na miano wyjątkowego kraju na mapie moich wypraw po świecie. Jeden z klasycznych dzierżymordów, kraj zamknięty na świat, jakiekolwiek wpływy i obcych. Turysta poza stolicą kraju – Aszchabadem stanowi zjawisko osobliwe i rzadkie niczym albinos w Afryce czy inny koh-i-noor.
Mówi się że Turkmenistan to kraj pełen kontrastów – z jednej strony sytuacje mogą wydawać się tutaj wręcz komiczne, z drugiej – mocno przygnębiające. Ludzie wypowiadają się tylko w granicach dozwolonych przez system, a ich zachowanie jest ściśle podporządkowane narzuconym regułom. W społeczeństwie widoczny jest strach, a brak własnej inicjatywy, kluczowej dla jakichkolwiek zmian i rozwoju, wydaje się powszechny.
Czytałem że Turkmeni nie wykazują żadnej inicjatywy, żyją zgodnie z narzuconymi im zasadami, a ich największym marzeniem jest praca dla rządu. Turkmenistan to natomiast kraj pełen biurokratycznych ekscentryków, którzy sprawują władzę w sposób – delikatnie mówiąc – trudny do zrozumienia.
Dlatego tam jadę.
Uzyskanie wizy zajęło mi sporo czasu. Najwięcej czasu poświęciłem na wypełnianie formularzy, dołączanie zdjęć i kopii dokumentów – za każdym razem coś było nie tak, więc otrzymywałem prośby o poprawki i ponowne przesłanie dokumentacji. Spośród całej grupy, z którą lecę do Aszchabadu, byłem ostatnią osobą, która poprawnie przesłała wymagane dokumenty. Za to zaproszenie otrzymałem jako jeden z pierwszych.
