Na odkrywanie stolicy Kirgistanu miałem półtora dnia – w sam raz, żeby złapać klimat tego nietypowego miasta. Poranek zaczął się powoli. Po lekkim śniadaniu wróciłem jeszcze na chwilę do pokoju, gdzie wciągnął mnie film, poza tym aura na zewnątrz nie była szczególnie zachęcająca. Dotychczasowe dni były raczej upalne, a w Kirgistanie pogoda zaskoczyła nagłym chłodem, który skutecznie ostudził jakikolwiek zapał do spacerów. Było w tym’ też trochę mojej winy, bo nie zapakowałem ze sobą zbyt wielu ciepłych ubrań.
Biszkek, delikatnie ujmując, nie stara się oczarować na siłę – to miasto, które pokazuje prawdziwe oblicze regionu. Jeśli ktoś interesuje się historią i architekturą z czasów Związku Radzieckiego, będzie miał tu co oglądać. Pomniki Lenina, Marksa, Engelsa czy Dzierżyńskiego nadal stoją w centrum, a ulice, choć trochę chaotyczne, mają w sobie coś charakterystycznego. To miasto, gdzie kierowcy jeżdżą według własnych zasad, a pieszy musi być czujny nawet przy zielonym świetle – dodaje to wszystkim przemarszom nuty przygody!
Nazwa miasta pochodzi od tradycyjnej drewnianej łyżki używanej do mieszania lokalnego napoju z fermentowanego mleka. To miejsce może nie ma wielu zabytków, ale oferuje coś cenniejszego – żywą historię i fascynujący kontrast między postsowiecką przeszłością a współczesnością. Wielkopłytowe bloki z odpadającym tynkiem i kolorowe dresy z błyszczącymi lampasami tworzą krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym miastem.
Gdy głód dał mi o sobie znać zafundowałem sobie sushi, za które – ku mojemu zdziwieniu – można było zapłacić kartą. Biszkek zaskoczył mnie, gdy najmniej się tego spodziewałem.































Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.