Ałmaty – ostatnia prosta naszej przygody

W drodze do Ałmaty co chwilę robiliśmy przystanki. Góry wyglądały tak niesamowicie, że nie dało się przejechać obojętnie – każde wzgórze, każdy zakręt trasy oferował nowy, epicki widok na majestatyczne góry, aparat szedł w ruch, każdy łapał ostatnie ujęcia tej panoramy. Trochę wyglądało to jak pożegnanie z Azją Środkową – powoli docierało do nas, że nasza wyprawa dobiega końca.

Przekroczyliśmy granicę z Kazachstanem – ostatnią na naszej trasie. Trochę symbolicznie wyszło, że to ja byłem ostatni, który przeszedł przez okienko straży granicznej. Przedtem musiałem się trochę nagimnastykować, co robiłem w Afganistanie, ale ostatecznie paszport zyskał kolejną wjazdową pieczątkę.

Do Ałmaty wjeżdżaliśmy już z trochę mieszaną energią – z jednej strony zmęczenie i świadomość, że to finisz, z drugiej chęć, żeby jeszcze coś zobaczyć, coś przeżyć. Po drodze odwiedziliśmy parę znanych punktów, zanim dotarliśmy do hotelu. Sam hotel powiedzmy, że miał swoją duszę pamiętającą czasy sowieckie, ale było czysto i w super lokalizacji. Najważniejsze, że wieczorem można było jeszcze wyskoczyć na miasto.

Ałmaty to wciąż najważniejsze miasto Kazachstanu – nawet jeśli już nie stolica. Miasto tętni życiem. Są wielkie radzieckie budynki, zielone parki z ławeczkami idealnymi do odpoczynku, kawiarnie, puby, świetnie zaopatrzone sklepy, no i sporo ciekawych miejsc tuż za rogiem. To było takie idealne pożegnanie z regionem – jeszcze trochę miejskiego zgiełku, jeszcze kilka zdjęć, jeszcze jeden spacer.

Z grupą ruszyliśmy na Zielony Rynek. Po tylu odwiedzonych stolicach byłych republik radzieckich niektóre miejsca w Ałmaty wydawały się aż dziwnie znajome. Między blokami o klasycznych radzieckich kształtach pojawiały się piękne detale inspirowane kulturą Kazachów oraz fasady z ornamentami.

Półki pełne dobrze znanych produktów – żółty ser, kapusta kiszona, kefir – taka mała chwila swojskości. Nagle wszystko wydawało się bliższe, znajome. Półki wyglądały jak mały fragment domu, który jakimś cudem zaplątał się tu, na końcu świata.

Sam bazar był świetnie zorganizowany – wszystko podzielone tematycznie: suszone owoce, kiszonki, sery, mięso. I jeszcze podział etniczny – każda grupa narodowa mistrzem w swoim fachu. Kolorowo, aromatycznie, gwarno – idealne miejsce, żeby jeszcze na koniec zanurzyć się w tej kulturze wszystkimi zmysłami.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz