Ostatnia prosta

Pisane z perspektywy czasu. Trochę nostalgii, trochę zmęczenia, ale przede wszystkim – mnóstwo wspomnień.

W piątek wieczorem, przy kolacji w klimatycznej kazachskiej restauracji, czuć było w powietrzu, że to nasze ostatnie wspólne wyjście. Rozmowy krążyły wokół smakowitych tradycyjnych lokalnych potraw, ale niepostrzeżenie zaczęły też schodzić na przyszłość, kto kiedy, gdzie, z kim znowu się spotka. Czy ja przylecę do Londynu, czy może ktoś wpadnie do Polski. A może najlepiej będzie zgrać się podróżniczo – bo tak najłatwiej. Wtedy właśnie wpadł mi do głowy pomysł: zamiast Konga – Bhutan i Bangladesz.

W hotelowym lobby zebraliśmy się razem, by wręczyć napiwek dla naszego przewodnika A., który towarzyszył nam przez wszystkie dni tej wyprawy, przez pięć krajów i kolejne stany ducha. Koleżanka zadbała o oprawę, ChatGPT stworzył wiersz, a na koniec zapozowaliśmy do wspólnego zdjęcia w stylu glamour meets Vogue. Zmęczeni, ale uśmiechnięci.

Nie wszyscy poszli od razu spać. Ja nie. Z grupą nowo poznanych znajomych i przewodnikiem wpadliśmy jeszcze na jedno piwo i pożegnalne szoty do pobliskiego baru. Do pokoju wróciłem o trzeciej nad ranem, zaledwie na trzy godziny przed tym, jak taksówka miała zabrać mnie na lotnisko.

W środku nocy hotel Otrar żegnał mnie cicho i ciemno. Kierowca wysadził mnie w sekcji odlotów krajowych, o czym zorientowałem się dopiero przy tablicy, która nie pokazywała żadnego znanego lotu. Skręciłem w lewo, w słabo oznakowany korytarz i niemal magicznie znalazłem się w części międzynarodowej.

Zaraz po kontroli paszportowej natknąłem się na S., której lot do Frankfurtu opóźnił się o trzy godziny z powodu uszkodzonych toalet. Ostatecznie samolot odleciał tylko z częścią pasażerów, a ona i reszta zostali przebukowani.

Mój samolot nie miał opóźnienia, ale czas dłużył się niemiłosiernie. Musiałem chodzić w kółko po terminalu, bo zasnąłbym na siedząco. Mimo biletu w klasie biznes nie wpuszczono mnie do lounge’u, bo Turkish Airlines nie miał umowy z tym lotniskiem.

W Stambule od razu wiadomo, gdzie się jest – po ilości przeszczepionych głów.

W oczekiwaniu na lot do Warszawy, już w lounge’u, czytałem i patrzyłem na wszystkich ludzi. Uwielbiam tę atmosferę dużych lotnisk – bezładny przepływ osób ze wszystkich stron świata, ładni, brzydcy, starzy, młodzi, ubrani jak z pokazów i pachnący jak z dworca.

Obok mnie przy stoliku siedział jakiś facet w sportowym stroju. Nie znałem go, ale musiał być kimś znanym – co chwilę ktoś podchodził, zagadywał, prosił o zdjęcie. Patrzyliśmy na siebie od czasu do czasu. Może pomyślał, że go nie poznałem, a może było mu przykro, że niczego nie chciałem.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz