Turyści na Azory podróżują głównie wiosną, kiedy to wyspa dosłownie rozkwita. Mieni się wówczas barwami hortensji. To właśnie one stały się prawdziwym symbolem wysp, ale podobnie jak wiele innych gatunków roślin zostały tam przywiezione z lądu. Popularne jest też lato, bo wtedy statystycznie pada najmniej.
Niespodzianką może być także spacer przez las zakończony polem pełnym krów. Niektórzy żartują nawet, że krów na Azorach jest więcej niż ludzi, ale to nie prawda.
Wyspa Sao Miguel usłana jest niesamowitymi punktami widokowymi. Widać na nich ciągnące się pokryte zielenią góry, które spotykają się z oceanem. O skalisty brzeg w wietrzne dni rozbijają się potężne fale. To prawdziwy spektakl natury, który chyba nigdy się nie nudzi. Trudniej jest, kiedy te same fale bujają łodzią, którą wraz z innymi turystami ruszasz na poszukiwanie wielorybów.
Takie ukształtowanie terenu w połączeniu z bardzo wilgotnym i deszczowym klimatem sprawia, że wyspa pełna jest wodospadów. Jedne są bardziej malownicze, inne mniej. Nie da się jednak ukryć, że wędrówka między nimi stanowi wyjątkową rozrywkę. Dodatkowo na trasie najczęściej jesteście sami.
Na lunch zatrzymaliśmy się w niewielkiej, lokalnej knajpce. Atmosfera była tam iście autentyczna — właścicielem okazał się krępy mężczyzna, typu jak spada z łóżka to z obu stron naraz, który z nie do końca jasnych powodów krążył od stolika do stolika, od baru do kuchni, choć raczej nie obsługiwał gości. Jego niezdarne ruchy doprowadzały mnie do szewskiej pasji bo siedziałem tyłem do baru a pan raz po raz uderzał mnie swoim zwalistym zadem po głowie. Na szczęście wszystko rekompensowała radosna atmosfera, no i niezmiennie obecna przy każdym posiłku butelka wina, która poprawiała humor od pierwszej lampki.
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Piękne widoki! ❤️