Bardzo wczesnym rankiem, o 7:30, wyruszyliśmy z Hail prosto do Al Ula – jednego z najbardziej niezwykłych miejsc w Arabii Saudyjskiej. Podróż była długa, ponad sześciogodzinna, prowadząca przez środek kraju, przez pustynne pustkowia i skaliste krajobrazy, które z każdą godziną zmieniały kolory od jasnego beżu po głęboki pomarańcz.
Do samego Al Ula dotarliśmy wczesnym popołudniem. Krótki lunch i od razu ruszyliśmy zwiedzać Hegra – starożytne miasto Nabatejczyków. To miejsce zachwyca od pierwszego spojrzenia: 111 fasad grobowców wykutych w złotym piaskowcu, z których każdy opowiada historię sprzed dwóch tysięcy lat. Kunszt dawnych kamieniarzy widać w każdym detalu – od kamiennych pionowo ustawionych wizerunków bogów, po ślady po narzędziach wciąż widoczne na skałach.
Hegra była niegdyś ważnym punktem na szlaku handlowym tych samych ludów, którzy zbudowali Petrę. Ich inżynieria robi wrażenie nawet dziś – system studni, kanałów wodnych, mury obronne i bramy przypominają o czasach, gdy tutejsze piaski widziały karawany ciągnące z kadzidłem i przyprawami.
Po południu odwiedziliśmy Skałę Słonia, pocztówkowy monolit z czerwonego piaskowca, którego „trąba” i „ciało” powstały przez miliony lat erozji, wygląda jak gigantyczne zwierzę uwięzione w bezruchu. A gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, całe miejsce nabrało magii: food trucki, muzyka, ogniska, ludzie siedzący na dywanach pod gwiazdami. Pustynia oddychałaby spokojem, gdyby nie tłumy influencerek, prześcigających się w najdziwniejszych pozach do zdjęć.
Po zmroku dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania – luksusowego glampingu pośród palm daktylowych. Nocą, gdy wszystko cichło, z zewnątrz dało się słyszeć tylko dźwięk spadających owoców – pojedyncze uderzenia w ziemię, jakby ktoś rzucał drobnymi kamieniami.
Gdy wszyscy pojechali do starego miasta na kolację, zostałem na miejscu. Osobiście nie jestem fanem pól namiotowych – nawet tych najbardziej “glamour”. Wspólne toalety i prysznice skutecznie mnie odstraszają, a stanie w kolejce, żeby się umyć, to dla mnie raczej mało przyjemne żeby nie powiedzieć upokarzające doświadczenie. Skoro jednak już się tutaj znalazłem, nie było wyboru jak tylko zagryźć zęby. Wziąłem prysznic ze skaczącą wokół mnie żabą, zdjąłem soczewki i… uświadomiłem sobie, że bez nich jestem ślepy jak kret. Wracając do namiotu po ciemku, nie pamiętałem ani numeru, ani drogi. W dodatku wszystkie namioty wyglądały identycznie. Wędrowałem więc po omacku po wąskich, drewnianych ścieżkach, aż w końcu – metodą prób i błędów – trafiłem do tego właściwego. Ulga była ogromna, a myśl o tym, że mógłbym spędzić noc pod palmami, brzmiała równie zabawnie, co realnie.
Rano znowu brakowało mi dobrej kawy. Tutejsza kawa arabska z mlekiem i imbirem to napój, do którego nie mogę się przekonać. Na stacjach benzynowych czasem trafiają się kawiarnie, ale ich oferta to zawsze loteria.
To właśnie dla Al Uli zdecydowałem się na ten wyjazd. Choć zwykle podróżuję sam, tym razem wiedziałem, że dotarcie tu na własną rękę byłoby trudne. Dopiero w głębi kraju, wśród pustynnych skał i ciszy, zaczęła się prawdziwa przygoda – ta, której szukałem od samego początku.





































Piękne miejsce!
Niezwykłe!
Niesamowite.
Tylko tutaj nie wiedzą co to jesień 🙂 ale rzeczywiście piękne miejsce
Mojej miłości do jesieni starcza na maksymalnie tydzień. Przy założeniu ” złota polska”. 😀
Zgadzam się z Tobą zupełnie. I musi koniecznie świecić słońce, bez wiatru i deszczu, bo inaczej to jest jesienny wygwizdów 🤣
😀😀😀👍