Kolacja zakończona biegiem

Restauracje hotelowe świecą pustkami, nie dlatego że brakuje gości, ale dlatego, że Mjanmar dusi się w kryzysie. Wszyscy narzekają na rosnące koszty życia, a kraj od lat krąży w tym samym, ponurym rytmie: zamachy stanu, wojna domowa, niegospodarność i brutalne represje. Każda próba wprowadzenia demokracji była systematycznie sabotowana przez wojsko, którego przetrwanie od dekad opiera się na korupcji, przymusie i kontroli nad gospodarką. Ten kryzys widać na każdym kroku: zamykanych restauracjach, pustych hotelach, zaniedbanych sklepach. Ludzie żyją w ubóstwie, a nadzieja na zmianę wydaje się dziś bardzo odległa.

Moja przewodniczka Khin Khin pokazała mi ulicę niedaleko hotelu, dokąd wieczorem mogłem wybrać się na kolację. Zapamiętałem drogę, charakterystyczne punkty orientacyjne i obiecałem sobie, że po południu ruszę tam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Trafiłem bezbłędnie, zaglądałem po kolei do różnych jadłodajni, ale żadna nie budziła mojego szczerego entuzjazmu. Wiele z nich wyglądało dość smutno, a w środku serwowano głównie wafle, pizzę, frytki, burgery albo azjatyckie „specjały”, które leżały w przeszklonych gablotach i nie wyglądały ani świeżo, ani apetycznie.

Przypadkiem natknąłem się na willę, w ogrodzie siedziała rodzina, wspólnie jedli kolację, grillując owoce morza. Zatrzymałem się na chwilę przy bramie i poczułem ukłucie zazdrości, bo sam nagle nabrałem ogromnej ochoty na coś podobnego. Po chwili zauważyłem kolejną rodzinę, siedzącą na prowizorycznych krzesłach przy małym stoliku, również zajadającą się owocami morza. Patrzyłem na nich z zaciekawieniem, kiedy nagle z z domu wyszedł mężczyzna i łamaną angielszczyzną zaprosił mnie do środka.

Okazało się, że to niewielka restauracja bufetowa, specjalizująca się w mookacie. Mookata to taka popularna w Tajlandii forma biesiadowania, coś pomiędzy grillem a hot potem. Na specjalnej, kopułowej patelni grilluje się mięso, a w rowku wokół niej bulgocze aromatyczny bulion, w którym gotują się warzywa, makaron i owoce morza. Wypukły środek służy do smażenia mięs np. boczku, marynowanej wieprzowiny a tłuszcz spływa do bulionu, nadając mu głębi smaku. Do wyboru było wszystko: cienko krojona wieprzowina, kurczak, wołowina, krewetki, ośmiorniczki, kalmary, kapusta, warzywa i różne rodzaje makaronu.

Zrobiłem trzy podejścia do bufetu! Za każdym razem nakładałem sobie górę owoców morza, warzyw i makaronu, a potem z dziecięcą radością grillowałem swoją kolację. Na koniec podziękowałem właścicielowi za ten wyborny posiłek i ruszyłem w drogę powrotną do hotelu.

Drogę pamiętałem, ale problem polegał na tym, że zapadła już zupełna ciemność, a ulice nie miały żadnego oświetlenia. Szedłem niemal po omacku, aż nagle przypomniałem sobie, że Mjanma słynie z jadowitych węży – żmij, kobr, pytonów birmańskich, a nawet tzw. węży latających. Podobno żyje tu około 150 gatunków węży, z czego blisko 40 jest jadowitych. Wyobraźnia natychmiast przyśpieszyła, ogólnie galop myśli, a każdy kolejny krok w ciemność wydawał się coraz bardziej ryzykowny.

Oświetlałem sobie drogę latarką w telefonie, chodnika nie było, bałem się, że wpadnę do jakiegoś rynsztoka. Liczyłem kolejne zakręty i pagody, wiedząc, że po trzecim skręcie muszę odbić w lewo i wtedy usłyszałem szczekanie. Całą sforę psów. Przypomniałem sobie, że wcześniej widziałem tu bezpańskie psy, wylegujące się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca a teraz gdzieś tu biegały i czekały…

Im bliżej podchodziłem, tym głośniejsze było warczenie. Bałem się nawet skierować w ich stronę światło latarki, żeby ich nie sprowokować. W pewnym momencie zatrzymałem się kompletnie i pomyślałem, że chyba nie pójdę dalej, chciałem wrócić i poprosić kogoś, żeby podwiózł mnie do hotelu. Strach był prawdziwy, wróciły wspomnienia z Zanzibaru, gdzie kiedyś nocą na plaży goniły mnie psy i bałem się, że skończy się to dla mnie bardzo źle. Tamto doświadczenie pozostawiło trwały ślad.

Stałem tak kilka długich minut, sparaliżowany, gdy nagle usłyszałem nadjeżdżający motor. Jadący nim mężczyzna nieświadomie odciągnął uwagę psów, cała zgraja pobiegła za nim, ujadając wniebogłosy. Wykorzystałem ten moment, ruszyłem biegiem w stronę hotelu i dopiero tam, bezpieczny, poczułem, jak schodzi ze mnie całe napięcie.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podróże i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 Responses to Kolacja zakończona biegiem

  1. Dobrze że nie skończyło się gorzej…

  2. Lucia's awatar Lucia pisze:

    Raczej samotne spacery nie wskazane.