Kilometry szczęścia w gorącym mieście

Upały nie odpuszczają. Patrzę na prognozy i wszystko wskazuje na to, że ten stan szybko się nie zmieni. Najbliższy tydzień zapowiada się więc podobnie – codzienne pielgrzymki do biura w temperaturach, które bardziej kojarzą się z południem Europy niż z polskim latem.

Przez lata w mieszkaniu ratowałem się zwykłym wiatrakiem, z czasem nawet sprawiłem sobie nieco bardziej elegancki model – drewniany, stylowy, można by powiedzieć z nutą glamour. Mimo to za każdym razem przypominał mi się wentylator stojący w kuchni mojej babci. Miał poprzyczepiane do osłony kolorowe lepkie tasiemki, które z czasem zamieniały się w kolekcję kurzu, much i innych latających stworzeń. Do dziś mam ten obraz przed oczami. Minęły ponad cztery dekady, a moja wyobraźnia wciąż nie potrafi go skutecznie wymazać, tym bardziej że babcia uparcie trzymała ten wynalazek właśnie w kuchni nad talerzami…

Dwa lata temu postanowiłem zakończyć tę walkę z upałem i zamontowałem klimatyzację. Od tamtej pory nie muszę już chodzić po mieszkaniu w samej bieliźnie, czując jak pot spływa mi po skroniach, a ciało nagrzewa się niczym w solarium. W biurze na szczęście klimatyzacja również działa bez zarzutu, więc jakoś przetrwam.

Najbliższe tygodnie będą wyglądały dość przewidywalnie: praca i codzienna trasa dom – biuro – dom. Urlop zaplanowałem dopiero na koniec października, więc do tego czasu pozostaje klasyczna orka na ugorze.

Na razie nie zaprzątam sobie głowy tym, co będzie dalej z pracą. Nie mam poczucia, że umowa może nagle nie zostać przedłużona, ale też nie zamierzam tracić czujności, wolę trzymać rękę na pulsie, niż pewnego dnia obudzić się z ręką w nocniku.

Gdyby ktoś dziś zapytał mnie o plan na najbliższe miesiące, odpowiedziałbym bez większego zastanowienia: pracować intensywnie do października, potem wykorzystać urlop, wrócić do pracy, a w lutym zniknąć na kolejne trzy tygodnie kolorowego, technikolorowego odpoczynku, po powrocie zgarnąć bonus i rozejrzeć się za nowym pracodawcą.

Nie palę się do zmiany pracy. Rynek jest obecnie wyjątkowo wymagający, a ja powoli zbliżam się do wieku, w którym człowiek przestaje być oczywistym wyborem dla rekruterów. Leśnym dziadkiem jeszcze nie jestem, nie choruję, stale się uczę, rozwijam i w pracy jestem lubiany. Z drugiej strony nie mogę też pracować za miskę ryżu, bo przyzwyczaiłem się do pewnego poziomu życia, do komfortu, podróży i małych przyjemności. Rezygnacja z tego wszystkiego nie przyszłaby mi łatwo.

Z tyłu głowy mam jednak świadomość, że przyszłość potrafi pisać własne scenariusze. Los nieraz sprowadzał mnie na ziemię, serwując mniejsze i większe porażki. Bolały, czasem bardzo, ale każda z nich zmuszała do refleksji i przewartościowania wielu spraw.

Dziś rano wstałem wyjątkowo wcześnie. Po śniadaniu szybko wskoczyłem na rower, chcąc wykorzystać kilka chłodniejszych godzin przed nadejściem żaru. Wrocław ma fantastyczną sieć tras rowerowych, można godzinami krążyć między parkami, nadrzecznymi wałami i zielonymi zakątkami miasta, od lat właśnie te trasy lubię najbardziej. Nie potrzebuję licznika, żeby wiedzieć, ile kilometrów przejadę, doskonale znam dystans z domu do Jazu Opatowieckiego czy na lotnisko. Wystarczy dojechać tam i wrócić, a na koncie pojawia się 30 kilometrów. Zwykle dorzucam jeszcze kilka nowych odcinków albo jakąś nieznaną wcześniej ścieżkę, a kiedy wracam do domu, czuję się jak młody bóg – zmęczony, spocony, zgrzany, ale zwyczajnie szczęśliwy.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii praca i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz