Szedłem dziś do biura z lekkim ciężarem na sercu. Mimo weekendu, który przecież miał być czasem odpoczynku i złapania oddechu, myślami co chwilę wracałem do spraw zawodowych. Po tylu latach pracy w różnych firmach nadal nie potrafię całkowicie odciąć się od obowiązków i zostawić ich za drzwiami na dwa dni i nawet w wolnym czasie gdzieś z tyłu głowy przewijają się tematy, które czekają na mnie w poniedziałek. Szczerze mówiąc, coraz bardziej wątpię, czy kiedykolwiek osiągnę ten mityczny poziom równowagi między pracą a życiem prywatnym. Ale kto wie, może sztuczna inteligencja rozwinie się kiedyś do tego stopnia, że przejmie większość moich zawodowych trosk i pozwoli mi naprawdę odpoczywać.
Dziś wydarzyło się też coś, czego wcześniej bym po sobie nie podejrzewał. Po raz pierwszy w nowej firmie, podczas spotkania z szefową i zespołem, po prostu wstałem i wyszedłem, tłumacząc się dużo pilniejszymi sprawami. Nie będę udawał – sprawiło mi to sporą satysfakcję, przez chwilę miałem wrażenie, jakbym wysłał światu komunikat: „poradźcie sobie misiaczki tutaj sami, a ja zajmę się czymś, co naprawdę jest ważne”.
Nie obyło się też bez korporacyjnych atrakcji, jeden z panów z procurementu dość bezceremonialnie spuścił mnie dziś na drzewo. Nie zrobił tego ani miło, ani szczególnie elegancko, ale ku mojemu własnemu zdziwieniu spłynęło to po mnie jak po kaczce. Uznałem, że poradzę sobie bez jego pomocy. W myślach nawet próbowałem go usprawiedliwiać – pewnie ma na głowie tysiąc innych spraw, przecież nie będzie tłumaczył mi każdej swojej decyzj, bo zalożyl, że posiadam kryształową kulę, czytam w myślach i od razu rozumiem wszystko, co komunikuje między wierszami.
Najciekawszym punktem dnia była jednak rozmowa telefoniczna z CFO. Dla osób spoza korporacyjnego świata – to człowiek, który pilnuje firmowych pieniędzy, współtworzy strategię organizacji i decyduje o tym, na co firmę stać, a na co nie. W hierarchii jest drugi po bogu, zwykle ustępuje miejsca tylko CEO. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałem od niego, że jeśli kiedyś znowu utknę w mailowym ping-pongu albo będę bezskutecznie odbijał się od kolejnych ścian, mogę zadzwonić do niego bezpośrednio, tak po prostu, na komórkę. Z pominięciem całego korporacyjnego łańcucha dowodzenia, przelożonych, dyrektorów i strażników, broniących dostępu do najwyższych pięter organizacji przed takimi szeregowymi pracownikami jak ja.
Na koniec dnia szefowa po raz kolejny udowodniła, że zasługuje na honorowy tytuł pionierki pierwszego dnia na planecie Ziemia. Zalała mnie falą nowych decyzji, pomysłów, fanaberii i „dobrych rad”, które koniecznie powinienem wdrożyć jeszcze przed jej urlopem rozpoczynającym się 1. lipca. W związku z tym rozpocząłem własną, cichą operację delikatnego sabotażu, kontrolowanego opóźnienia i podtrzymywania błogiego stanu jej nieświadomości – wszystko po to, by dotrwać do momentu, kiedy zniknie mi z mojego horyzontu choć na kilka tygodni.
