Mam wrażenie, że kwiaty na balkonie są trochę jak ludzie – kiedy mają odpowiednie warunki, odwdzięczają się pięknym wyglądem. Wystarczy jednak chwila nieuwagi, kilka dni skwaru i odrobina pecha, a ich humor zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni.
Moje jeszcze niedawno wyglądały naprawdę imponująco, codziennie cieszyły oko, rosły jak szalone i dawały mi poczucie, że jednak potrafię się czymś zaopiekować. Potem przyszły upały, nie pomogło też moje dość swobodne podejście do podlewania, a kiedy do kompletu dołożyły się burze przechodzące niemal dzień po dniu, balkon zaczął przypominać pobojowisko.
Przypomniało mi się wtedy powiedzenie, że nie chwali się kwiatów, bo zaraz zaczną więdnąć. Brzmi jak jeden z tych przesądów, z których zwykle się śmiejemy – aż do momentu, kiedy zaczynają dziwnie pasować do rzeczywistości. Jeszcze kilka tygodni temu wszystko zapowiadało się pięknie, a dziś patrzę na moje doniczki i zastanawiam się, czy nie wypadałoby urządzić im symbolicznego pożegnania.
Jakby tego było mało, życie postanowiło dorzucić mi jeszcze jedną atrakcję.
Pewnego ranka, spiesząc się do pracy, wskoczyłem pod prysznic. Wszystko odbywało się w tempie ekspresowym, więc nawet nie wiem, kiedy do ucha nalała mi się woda. Niby drobiazg, każdemu mogło się zdarzyć. Problem w tym, że woda najwyraźniej uznała, że znalazła idealne miejsce na dłuższy pobyt. Na początku próbowałem udawać, że nic się nie dzieje, trochę szumiało, trochę gorzej słyszałem, ale przecież człowiek ma ważniejsze rzeczy na głowie. Z każdą godziną przekonywałem się jednak, że brak słuchu potrafi być zaskakująco uciążliwy. Ktoś coś mówi, wszyscy kiwają głowami, a ja próbuję zorientować się z wyrazu twarzy, czy właśnie padł świetny pomysł, czy może termin został przesunięty.
Szybko wypracowałem nową technikę prowadzenia rozmów. Delikatny obrót głowy i obowiązkowo lepsze ucho skierowane w stronę rozmówcy. Wyglądało to pewnie tak, jakbym z ogromnym zainteresowaniem wsłuchiwał się w każde słowo. Prawda była znacznie mniej romantyczna – po prostu próbowałem cokolwiek usłyszeć.
Najgorzej wypadały spotkania, bo eśli ktoś siedział po niewłaściwej stronie stołu, praktycznie przestawał dla mnie istnieć. Nie dlatego, że go ignorowałem, po prostu jego głos gdzieś znikał, zanim zdążył dotrzeć do mojego mózgu. Kilka razy zorientowałem się, że wszyscy patrzą na mnie, czekając na odpowiedź, a ja nie miałem najmniejszego pojęcia, o czym przed chwilą była mowa.
W piątek miałem iść do teatru i wtedy uznałem, że żarty się skończyły. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałem, było siedzenie przez dwa godziny na spektaklu i domyślanie się dialogów z ruchu ust aktorów. To już nie byłaby kultura….
Przez moment przemknęła mi też przez głowę pewna myśl. Może właśnie tak niepostrzeżenie człowiek zaczyna się starzeć? Nie wtedy, kiedy znajdujesz pierwszy siwy włos, ale wtedy, gdy podczas rozmowy odruchowo nadstawiasz jedno ucho i z powagą prosisz: „Mógłbyś powtórzyć?”. Na szczęście rozsądek szybko wrócił, to jeszcze nie starość, tylko woda, która wyjątkowo uparcie postanowiła pokrzyżować mi plany.
