Zwyczajny weekend, którego potrzebowałem

Weekend minął mi wyjątkowo pożytecznie i, jak to ostatnio bywa przy korzystnej pogodzie, przede wszystkim rowerowo.

W końcu ogarnąłem mieszkanie. Popłaciłem rachunki, zrobiłem zaległe pranie, posprzątałem i pochowałem do szaf ubrania, które od dobrego tygodnia wędrowały z fotela na krzeslo i z krzesla na sofe. Zupełnie nie miałem wcześniej ani siły, ani motywacji, żeby się za to zabrać. Coraz częściej mam wrażenie, że w tygodniu żyję w permanentnym chaosie, praca pochłania mnie na tyle, że mieszkanie schodzi na dalszy plan.

Udało mi się też wreszcie umówić wizytę w urzędzie. Za kilka tygodni kończy mi się ważność dowodu osobistego, a zdjęcia, wniosek i cała reszta od miesiąca lądują u mnie na liście „zrobię później”.

Przed moim blokiem dwa lata temu wybudowano nowy budynek mieszkalny, ale do dziś nikt się do niego nie wprowadził. Powód jest dość absurdalny – trwa przebudowa ulicy. Poszerzają ją, przez co nie ma normalnego dojazdu do budynku. Wszystko stoi, korki tworzą się od rana do wieczora, a ja codziennie obserwuję ten drogowy spektakl z okna. Wygląda jednak na to, że ten koszmar powoli dobiega końca. W nocy wjechał ciężki sprzęt, a błyski świateł skutecznie wyrwały mnie ze snu, chwilę pohałasowali, więc zamknąłem okno, zasunąłem rolety i poszedłem spać dalej.

Skoro przestało się już tak niemiłosiernie kurzyć, mogłem w końcu umyć okna. Wcześniej zwyczajnie nie miało to sensu, bo pył unoszący się w powietrzu osadzał się na szybach dosłownie chwilę po umyciu. Dzisiaj znalazłem w sobie motywację i znowu mogę patrzeć na świat przez czyste okna, przez ostatnie tygodnie wyglądały, jakby przeszła przez nie burza piaskowa.

Moje kwiatki też chyba odżyły. Jest jeszcze nadzieja, że ostatecznie ich nie zamordowałem a może po prostu są na mnie odporne i uparcie trzymają się życia.

Nie mogło oczywiście zabraknąć roweru. Wyznaczyłem sobie nową trasę i wróciłem naprawdę zadowolony. Wrocław i jego okolice są stworzone do takich wycieczek, a przy takiej pogodzie aż szkoda siedzieć w domu. Wsiadam na rower, jadę przed siebie i czuję, jak głowa się przewietrza, przestaję myśleć o pracy, mailach i wszystkim, co czeka mnie od poniedziałku.

W końcu też porządnie się wyspałem, nie odmawiałem sobie nawet krótkich popołudniowych drzemek i od razu poczułem różnicę, bo czasami naprawdę najlepszym lekarstwem jest zwyczajny sen.

Wieczorami nigdzie się nie wybierałem. Poprzedni weekend był intensywny i energetycznie i finansowo. Niedługo przyjdzie jeszcze faktura za wyjazd do Azji, więc odezwał się we mnie głęboko ukryty wąż w kieszeni. Patrzę na listę nadchodzących płatności i czasami mam wrażenie, że pracuję głównie po to, żeby opłacać rachunki. Znajomi śmieją się, że mam wyjątkowo drogie hobby i chyba mają rację. Kolejne rozliczenia za ogrzewanie i media skutecznie przypominają mi, jak bardzo wszystko podrożało.

Złapałem się też na tym, że zacząłem myśleć o przyszłym roku. W drugiej połowie nie mam jeszcze żadnych planów wyjazdowych, co jest do mnie zupełnie niepodobne. K. zadzwoniła z życzeniami urodzinowymi i mimochodem wspomniała o Wyspach Owczych. Z kolei mnie ostatnio wpadła w oko świetna oferta na Madagaskar. A może tym razem Jordania? Blisko, stosunkowo niedrogo i od dawna mam ochotę ją zobaczyć.

Czasami zastanawiam się też nad większym mieszkaniem. Coraz bardziej brakuje mi osobnego pokoju, który mógłby być wyłącznie gabinetem do pracy. Z drugiej strony trudno znaleźć wystarczającą motywację do takiej zmiany. Ceny nieruchomości kompletnie oszalały, mam wrażenie, że żeby spokojnie myśleć o przeprowadzce, trzeba byłoby dysponować co najmniej milionem.

Zobaczymy, co przyniesie nadchodzący tydzień. Na razie sama myśl o poniedziałku sprawia, że ściska mnie w żołądku i ciśnienie niebezpiecznie rośnie. Chyba naprawdę się starzeję.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

7 Responses to Zwyczajny weekend, którego potrzebowałem

  1. pszczolkamaja's awatar pszczolkamaja pisze:

    No cóż, z czasem będzie tylko gorzej 😜 Trzeba się z tym powoli oswajać, bo lepiej już nie będzie.

    Ale rower i wiatr we włosach to faktycznie dobra odskocznia, masz tam trochę terenie zielonych czy wszędzie asfalt i kostka brukowa do jazdy rowerem?

  2. Ultra's awatar Ultra pisze:

    Na szczęście zdrowie Ci dopisuje. I z tego trzeba się cieszyć.

  3. salmiaki's awatar salmiaki pisze:

    Wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń i braku przeszkód nie do pokonania w ivh realizacji; spokoju w pracy, porywów serca, przyjaciół, smakołyków na talerzu i dni bez wstawania lewą nogą 😉
    Bardzo Cię lubię!
    Fajnie, że jesteś!

    • saberblog's awatar saberblog pisze:

      Bardzo dziękuję za tak oryginalne życzenia! 😀 życzę sobie żeby choć połowa z nich się spełniła a zwłaszcza te o smakołykach na talerzu i dniach bez wstawania lewą nogą. Bardzo się cieszę że jesteś! ♥️

Dodaj komentarz