Żyję ostatnio w jakimś totalnym rozpizdrzeniu. Praca niepewna, szefowa głupsza ode mnie, niczego nowego się nie uczę, za to bez przerwy gonią mnie terminy i rzeczy do dowiezienia. Chronię się przed upałami, w międzyczasie podlewam rodzicom kwiatki i przemieszczam się między dwoma przeciwległymi krańcami miasta, żeby ze wszystkim jakoś zdążyć. Na horyzoncie żadnej konkretnej pracy, ale za to mam zaplanowany urlop. Dostałem wizę do Bhutanu – za dwa miesiące lecę i z jednej strony ogromnie się cieszę, bo przecież to było moje marzenie, a z drugiej coraz częściej zastanawiam się, jak właściwie ułożyć sobie życie, bo wrócę i co wtedy – zęby w ścianę?
Równo rok temu tkwiłem w podobnym zawieszeniu. Wyjeżdżałem do Kataru, na bliżej nieokreślony czas, miała być przygoda na kilka kolejnych miesięcy. Było dużo planowania, stresu, załatwiania, szmatłogłowa, która regularnie wyprowadzała mnie z równowagi, i ja, śmigający między kolejnymi niewygodnymi sytuacjami, byle tylko nie oberwać rykoszetem.
Rok później znowu jestem w czarnej dupie. Pracę zmieniłem, bo zachciało mi się przygód, więc teraz mam za swoje, tylko że znowu mam to znajome wrażenie, że jestem w jakimś nie swoim miejscu, ze muszę coś zmienić, bo inaczej oszaleję od tego poczucia niepewności i braku sprawczości.
Uaktualniłem CV, ale ofert pracy jak na lekarstwo, nie bardzo mam gdzie je wysyłać, a najchętniej już teraz, zaraz, wszedłbym w jakiś proces rekrutacyjny, cokolwiek, byle zobaczyć gdzieś przed sobą choćby małe światełko w tunelu, zobaczyć, że istnieje jakaś szansa, żeby wyrwać się z tego dziwnego stanu zawieszenia.
Koleżanka wysłała mi zdjęcie kartek pocztowych, które przez lata wysyłałem jej, pracując w eB – rochę się tego nazbierało. Patrzę na te kartki i tamta rzeczywistość, tamten styl życia, wydają mi się dziś tak odległe, jakby właściwie nigdy się nie wydarzyły. Konto w banku uszczuplone, nie ma M., nie ma wyjazdów do Włoch, za to mam wygodne mieszkanie, balkon i kwiatki, które mogę podlewać – no i jestem wolnym człowiekiem. Mogę robić, co chcę.
I chyba właśnie między tym „mogę robić, co chcę” a „nie wiem, co dalej” utknąłem najbardziej.


Oby ten niepewny czas tak jak najkrócej.
Rozumiem niską tolerancję dla niepewności. Oby Ci się skończyła ta sytuacja jak najszybciej.
Czy wspominasz dawne czasy (te związane ze zdjęciem) jako bezpieczniejsze i bardziej przewidywalne, lecz w jakiś sposób ograniczające wolność?
Dawne czasy to jednak były dawne czasy – inne warunki, inne ograniczenia i chyba też trochę inaczej się wtedy myślało. 🙂 Dziś czuję się zdecydowanie bardziej wolny i mam większą możliwość decydowania o sobie. Ale życie ma to do siebie, że pewne problemy, choć w innej formie, potrafią do nas wracać. Czasy się zmieniają, my też, a niektóre rzeczy pozostają zaskakująco znajome. 🙂
Życie w takim zawieszeniu nie jest miłe. Oby jak najkrócej!
damy rade