Weekend na pełnych obrotach

Piątek był dniem wolnym od pracy, dzięki czemu roboczy tydzień trwał tylko cztery dni. Z tyłu głowy miałem świadomość, że jako dobry syn zadeklarowałem się swojej rodzicielce podlewać kwiatki. Miałem zrobić to w czwartek wieczorem, ale lenistwo wygrało, więc zadanie przełożyłem na piątkowy poranek.

Jedna z osób z mojej ulubionej ekipy biurowych spiskowców mieszka akurat niedaleko. Przeszło mi przez myśl, że może wproszę się do niej na niezapowiedzianą kawę. Wieczorem nie chciałem pisać, a wiadomość o 8 rano w stylu „co robisz, bo chcę wpaść na kawę?” też wydawała mi się trochę nie na miejscu, i właśnie wtedy, kiedy biłem się z myślami, przyszła wiadomość: „Co robisz? Pomyślałam, żebyśmy spotkali się dzisiaj na kawę”. To sie nazywa telepatia! Na odpowiedź długo nie musiała czekać: „Jestem w drodze, będę za mniej niż 45 minut”. Chabazie podlałem, dom przewietrzyłem, przeszedłem przez ulicę i przed 10. byłem już u N. Załapałem się nie tylko na kawę, ale również na tartaletkę z malinami i babeczkę z jagodami, przy okazji obgadaliśmy bieżące sprawy, moją sytuację zawodową, jej awans, kolejne wyjazdy w naszym ulubionym gronie i plany podróżnicze.

Piątkowy poranek uznałem za bardzo udany, wróciłem do domu, a wieczorem wpadł do mnie, zgodnie z planem i dużo wcześniej zapowiedzianą wizytą, kolega i wtedy zaczęła się druga część dnia.

***

Sobota była leniwa. Przynajmniej jej początek. Wstałem wcześnie, zjadłem śniadanie, włączyłem jakiś film i… oczywiście podczas oglądania znowu zasnąłem. Było już po 13, kiedy dotarło do mnie, że najwyższa pora się ruszyć z łóżka, bo inaczej prześpię cały dzień. Zwlokłem się więc z wyra, na zewnątrz 33 stopnie, ale kask, strój, pieluchomajtki, spray z filtrem i ruszyłem na rower. Postanowiłem w dwie godziny zrobić dobrze znaną mi trasę i udało się. 40km przejechane, po drodze zahaczyłem nawet o stadion, gdzie kibice oglądali mecz AC Milan – Manchester United, policji było całe mnóstwo, ambulansów jeszcze więcej, do tego ochrona, ale jakoś się przedarłem i ostatecznie wróciłem do domu.

Na miejscu zdjąłem tylko spocone gatki, wziąłem zimny prysznic, złapałem taksówkę i pojechałem spotkać się z koleżanką, której mąż i dzieci wyjechali na urlop, a ona zapragnęła miło spędzić wieczór z kims gwarantujacym towarzystwo i radosc. A że do takich zadań jak najbardziej się nadaję, zaczęliśmy od właściwej kolacji w romantycznym miejscu, były małże, wino, a później spacer po przybytkach Wrocławia i kilka koktajl barów, było dużo śmiechu, rozmów i zdjęć, które niestety pozostaną już tylko w mojej pamięci. O czwartej nad ranem, kiedy wychodziliśmy z Papa Baru, upewniłem się, że wsiadła do taksówki, a sam wróciłem do domu a tam, zupełnie niespodziewanie, odwiedził mnie kolega.

***

Kiedy poszedłem spać, to sen nie trwał długo. Przed 10. zadzwonił brat. Powiedział, że z córką jadą w moje rejony i zapytał, czy nie miałbym ochoty dołączyć do nich na spacer po parku. Pierwsza odpowiedź brzmiała kategorycznie: „Nie dzisiaj, nie ma szans”. Ale że zdążyłem się już obudzić, głowa nie bolała, a ja o dziwo, czułem się całkiem fit, zadzwoniłem po chwili i powiedziałem, że jednak dam radę. Dalej nie wiem, jak to zrobiłem, ale zanim dotarli na miejsce, ja już na czekałem na nich w parku. Było karmienie kaczek, rzucanie piłką, hulajnoga, huśtanie, lody Oreo, kolejny park, zapiekanki i frytki. Kiedy po wróciłem do domu, sam byłem zaskoczony, że funkcjonuję tak sprawnie. Zrobiłem nawet pranie i zdrzemnąłem się na chwilę, bo miałem później trochę popracować, ale że upał nieco odpuścił, rower znowu wygrał. Pojechałem za Wrocław, zrobiłem kolejne 40 kilometrów, nawdychałem się świeżego powietrza i przewietrzyłem głowę a kiedy wróciłem do domu, pomyślałem tylko jedno: No takie weekendy to ja lubię i zdecydowanie chcę ich więcej.

Nieznane's awatar

About saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.