Obudziłem się chwilę po drugiej w nocy, przypomniałem sobie, że o 8 mam coś prezentować przed CFO, a ja nawet nie zajrzałem do slajdów. Myśli goniły jedna drugą, przez chwilę próbowałem się zmusić, żeby wstać, ale odpuściłem i poszedłem spać dalej.
Nie pojawiłem się w biurze, nikomu nic nie powiedziałem, gdzie jestem, co robię ani dlaczego mnie nie ma, po prostu leżałem nieruchomo, z zamkniętymi oczami, raz zasypiając, raz się budząc.
Wstałem po 13, na telefonie czekały 22 nieodebrane wiadomości, nie przeczytałem ani jednej i odłożyłem telefon na bok. Serio posrało tych ludzi.
Zjadłem bardzo późne śniadanie – bułkę z serem i szynką, ugotowałem jajko. Kawy nie chciałem, więc zrobiłem sobie cały dzbanek herbaty. Ogoliłem się, ale przez cały czas unikałem własnego spojrzenia w lustrze, bo łzy samoczynnie napływały mi do oczu i nie potrafiłem z tym walczyć.
Zrobiłem pranie, uporządkowałem kilka rzeczy, przejrzałem papiery w szufladach, takie małe, zwyczajne czynności, które robi się bez większego zastanowienia. Bez sensu – jakby porządkowanie rzeczy wokół siebie mogło choć na chwilę uporządkować to, co dzieje się w głowie.
Wyszedłem z domu, na zewnątrz było niby chłodno, ale duszno i wilgotno, a ja pociłem się niemiłosiernie. Zrobiłem zakupy w kilku miejscach, chodząc z jednej apteki do drugiej, potem usiadłem na ławce w parku i przez chwilę po prostu siedziałem.
Przez cały dzień nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie było żadnego znaku, żadnego nagłego olśnienia, żadnego niezwykłego dobra, które ktoś miałby mi okazać, nawet pogoda była zupełnie przeciętna. Zwyczajny, powszedni dzień.
Mój świat wcale nie ucichł, wręcz przeciwnie – większość ludzi próbowała się do mnie dobić, a ja nie miałem w sobie siły, żeby kogokolwiek wpuścić.
Pomyślałem o M. i nabrałem ochoty na pizzę, ale pizzeria obok była akurat zamknięta, więc w domu zrobiłem sobie tortellini z warzywami i parmezanem.
Liczba nieodebranych wiadomości rosła a ja nadal nie przeczytałem ani jednej.
To był zwyczajny dzień.
48 lat, 1 miesiąc i 16 dni.
About saberblog
Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera.
Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata.
Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba.
Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze?
Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier.
Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami.
Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę.
A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem.
I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Oby ten wolny dzień i trochę oddechu oddaliły czarne chmury, często pozwala to na nabranie dystansu do otaczającego świata.
To nie był zwyczajny dzień, a dzień refleksyjny, przystanek życiowy potrzebny czasem dla nabrania dystansu do korpo, które człowieka wyciska jak cytrynę.
Ciężkie dni zawsze przychodzą niezapowiedziane, jak walec z impetem wciskają się w najmniej ‚odpowiednim’ momencie. I może to głupota ale sądzę że są potrzebne żeby na chwilę przystanąć, spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Wykalibrowac jakieś wewnętrzne przeciwnoaci. Wszystko wróci do normy za jakiś czas, zawsze wraca. Ściskam