To za czym najbardziej tęskniłem i było najbardziej wyczekiwaną chwilą to zwykły spacer nad Odrą i widok na oświetlony Ostrów Tumski. Wrocław ma dla mnie tyle różnych odcieni i znaczeń, pamiętam tyle obliczy tego miasta, że nie sposób wszystkich wyliczyć. Przeszedłem wzdłuż bulwaru, przystając na chwilę na moście by wsłuchać się w ciszę, potem minąłem Pałac Ossolińskich, przeszedłem pod budynkiem Uniwersytetu rzucając okiem w kierunku Szermierza i Cafe Unii, dalej dobrze znaną mi ulicą Szewską dotarłem do Rynku skąd rozbrzmiewały dudnienia z okolicznych klubów.
Cudownie było znowu móc tutaj być, patrzeć na dobrze znane miejsca, wystawy sklepów i księgarń, których widok łapczywie próbowałem zapamiętać, słyszeć rozmowy nieznajomych osób i rozumieć wszystko, każdy niuans ich wypowiedzi.
Obserwowałem napotykane przypadkiem znajome twarze i nie mogłem pozbyć się wrażeniem, że nic się nie zmieniło, jakby czas stanął dla nich w miejscu.
We Wrocławiu zawsze odnajduje swój południk zero, tutaj potrafię właściwie wartościować i priorytetyzować, wszystko nabiera właściwego znaczenia i kształtu…
Niektórzy znajomi nie chcę dotrzymywać mi juz towarzystwa, moje tempo i przelotność są dla nich oznaką lekceważącej wyższości: oto przyjeżdża zepsuty światowiec, wyznacza nam godzinę spotkania i zaznacza, że ma tylko pięć kwadransów. A ja tęsknię za nimi, ale nie próbuję niczego wyjaśniać.
W Warszawie widziałem się z R. Pojechaliśmy na kawę do ”Między Nogami”. Dziwnie było rozmawiać po latach w tym miejscu z tym samym mężczyzna, bo jakże odmieniły się nasze role. W niczym nie przypominałem tamtego absolwenta sprzed lat.
Cokolwiek robisz pamiętaj o śmierci. Pamiętam. gdybym miał dzisiaj umrzeć niczego bym nie żałował, niczego bym nie zmieniał.







Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.