Mamy już maj…

Mamy już maj, zdałem sobie sprawę patrząc przypadkiem w kalendarz zawieszony w kuchni na ścianie. Nie wiem kiedy minęła pierwsza połowa roku, bo mentalnie zatrzymałem się na marcu, dni tak szybko mi mijają nierówno rozłożone pomiędzy codziennymi obowiązkami, pracą, spotkaniami i wyjazdami, co miesiąc mam coś, co spędza mi sen z powiek i muszę się głowić jak to załatwić, jak ogarnąć temat, skąd wziąć pieniądze na niezaplanowane wydatki. Czeka mnie remont, choć najpierw muszę znaleźć ekipę budowlaną, która się tego podejmie. Kilka tygodni temu przy pierwszej fali upału przypomniałem sobie jak to jest mieć skwar w mieszkaniu, chodzić na w pól nago i kląć, że wciąż jest za gorąco i człowiek się poci. Jeszcze tego samego dnia wieczorem przed pójściem spać zamówiłem montaż klimatyzacji, nazajutrz miałem wizytę fachowca, dostałem wycenę, po kilku dniach zgodę wspólnoty mieszkaniowej a dzień po powrocie z urlopu pojawiła się ekipa montażowa. Do wszystkiego podchodzę bardzo zadaniowo, nie roztrząsam problemu tylko go rozwiązuję i idę dalej. Po studiach MBA została mi masa mądrych książek, niektóre pozycje po 100 i więcej złotych. Przejrzałem, odłożyłem na bok, wystawiłem na allegro i teraz co drugi dzień biegam do paczkomatu nadać przesyłkę. Nie mam potrzeby trzymania makulatury na półkach, z poczuciem ulgi nadaje im drugie życie. W pracy gorzej mi to wychodzi, bo wiem, że nigdy nie wyjdę z biura z poczuciem domknięcia wszystkich bieżących spraw, bo te mnożą się na potęgę, ale to taki krzyż który niosę i pogodziłem się, że to się już nie zmieni. Aktualnie biorę udział w naborze do firmy branży farmaceutyczno-medycznej, zadzwonili, rzuciłem zaporowa stawkę, zaakceptowali i wciągnęli w wir rekrutacji. Nie zastanawiam się nawet czy coś z tego będzie, nie kalkuluję, nie rozkminiam co będzie jeśli, nie wymyślam scenariuszy, idę za ciosem, jak będzie konkretna oferta na stole, będę się zmóżdżal czy ją przyjąć. Jeśli mnie odrzucą, to trudno. W obecnej pracy pojawiło sie zagrożenie braku bonusa w tym roku, plany wyjazdowe stanęły pod znakiem zapytania, więc narzuciłem sobie dyscyplinę finansową, której mocno się trzymam. Bałagan w domu – wstaję godzinę wcześniej, berło w dłoń i szoruję wc, podłogi, okna, piorę a dla relaksu prasuję, kątem oka oglądając nowe pozycje na netfliksie. W drodze do pracy słucham podcastów, pijąc poranną kawę jadę ścierką po meblach, czyszczę lampy i robię kroki. Lada dzień wystawię swój zestaw wypoczynkowy na balkonie, wyszoruję taras, wypiorę poduszki i siedziska, w nagrodę obiecałem sobie obiad w dobrej restauracji z ostrygami, szampanem i stekiem. Rodzice. Relacji z rodzicami w ogóle nie ma, więc ciężko mi ją nazwać nawet trudną. Nie bawię się w publiczne tłumaczenie, dlaczego tak jest, bo czuję, że nie mam się z czego tłumaczyć. Są takie rzeczy, które zostają w rodzinie, nawet jeśli tej relacji nie ma. Pewnie jest to do naprawienia. To nie jest pierwsza  rzecz, o której myślę, gdy wstaję rano. Może czas naprawi parę rzeczy, może nie. Ja się przyzwyczaiłem do aktualnego stanu.

Amok.

1 komentarz

Skopje – Kosowo

Wzrastające przez lata napięcie między kosowskimi Albańczykami, którzy domagali się niepodległości, a Serbami stosującymi represje wobec albańskich Kosowian doprowadziło w 1998 roku do wybuchu otwartych walk. W odpowiedzi władze w Belgradzie zaczęły masowo wysiedlać Albańczyków, a wobec tych, którzy zostali, stosowały brutalne represje. 850 tysięcy uchodźców szukało schronienia w sąsiednich krajach. Czystka etniczna wzbudziła sprzeciw całego świata. Republika Kosowa stała się osobnym bytem państwowym. I choć mieni się państwem demokratycznym, posiadającym suwerenną władzę i ustrój, to jej status międzynarodowy jest nieustabilizowany. Kosowo to terytorium sporne, uznane jedynie częściowo na arenie międzynarodowej.

Prisztina, stolica Kosowa, to miasto pulsujące młodzieńczą energią i oferujące fascynujące połączenie nowoczesności i tradycji. Choć często pomijane na europejskich szlakach turystycznych, Prisztina zyskuje na popularności dzięki swojej gościnności, bogatej historii i rozwijającej się scenie kulturalnej.

Serce miasta bije w rytmie jego głównego bulwaru – Matki Teresy, gdzie mieszkańcy i turysty świętują życie w kawiarniach, restauracjach i sklepach. To właśnie tutaj można poczuć prawdziwego ducha Prisztiny, obserwując codzienne życie i spotykając się z przyjaznymi mieszkańcami.

Monastery są bardzo ładne, na ulicach dominuje przaśna moda, wszędzie się pali, mówi się że wszyscy mieszkańcy kradną, prostytuują się, handlują narkotykami albo narządami, każdy zaangażowany jest w przestępczy przemysł. Wszędzie godła państwowe Kosowa i Albanii, nawet w katedrze. Budynki są bardzo kiczowate to chyba tzw. brutalizm nie wiem kto to wymyślił, nie wygląda zachęcająco, natomiast autostrada którą wybudowali Amerykanie robi wrażenie. Pojechaliśmy najpierw do Jaskini Gadime, podobno odkrytą przez przypadek i faktycznie warta jest zobaczenia. Zaskoczyło mnie, że wpuszczono mnie do niej tak po prostu, wręczono klucz, polecono nasłuchiwać i szukać przewodnika, który już dawno wszedł tam z inną grupą…

Dzisiaj nie dopisywała nam pogoda, w samej Prisztinie wiało nieprzyjemnie.

Ceny w Kosowie fenomenalne – kawa obojętnie jaka 1€, lody 1€, sok 1€ wszędzie w ogóle płaci się w euro.

Obiad w restauracji w części serbskiej, gdzie podawano głównie mięso. Dostaliśmy porcję, chyba z 2 kg za 20 €, co było nie do przejedzenia, więc potem do końca dnia nic już nie jadłem. Jedynie w części z serbskiej mogłem napić się piwa, bo Kosowo jest przecież muzułmańskie.

Dominującą religią jest tutaj islam i z tym wiąże się większość obyczajów. W rejonach zamieszkałych przez Serbów dominuje prawosławie. To że kraj jest muzułmański nie rzuca się w oczy, a od kilku tygodniu, by przypodobać się Amerykanom, chwalą się że są pierwszym krajem muzułmańskim, które zalegalizowało związki partnerskie.

Ludzie nie wyglądają mi na muzułmanów, owszem niektóre kobiety chodzą z chustami na głowach, ale większość młodych osób wcale. Kosowo jest biedne, zadziwiające jak budują tutaj domy, w ogóle zabudowa jest bez ładu i składu, każdy dom budowany jest w inną stronę, obok pięknej willi znajduje się jakaś buda z oponami, a jeszcze dalej supermarket albo dom-kasyno. Styl mocno cygański, jakieś wieżyczki, baldachimy, posągi, strzeliste zamkowe wieże, piękne klatki schodowe, podjazdy, okna w stylu orientalnym. Na ulicach dużo samochodów rzęchów, raz po raz Maybach, Maserati, Porsche albo Fiat 500 cały w kolorze złota.

Albańczycy zawsze mieli to do siebie, uwielbiają rzeczy świecące.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 2 Komentarze

Ochryda

Przed 9.00 zdążyłem zjeść całkiem dobre śniadania, po którym zaraz pojawił się mój lokalny kierowca – przewodnik. Sympatyczny, wysokiej klasy, kompetentny, wyluzowany i dobrze wyglądający. Pojechaliśmy dwie godziny za miasto, pod granicę z Albanią, zobaczyć Jezioro Ochrydzkie, najstarsze jezioro w Europie. Wspólna dwugodzinna podróż minęła nam nie wiem kiedy, byłem zaskoczony że w Macedonii jest tyle gór i że na szczytach wciąż widać tam śnieg. Ochryd ma bardzo dobre warunki do plażowania i zwiedzania. Na dodatek miejsce wydaje się zaklęte w galeriach i warsztatach lokalnych rzemieślników. Spacer po mieście nie jest dla tych, którzy się spieszą. Nie dla amerykańskich turystów, którzy nie znoszą gdzieś wchodzić, wspinać się kulić albo schylać bo to im uwłacza albo urasta to rangi problemu nie do pokonania, bo ważą 150 kilo i są mocno ograniczeni ruchowo. Było ciepło, przyjemnie, nie za gorąco, tak jak lubię. Wszedłem do jednej z licznych knajp w porze lunchu i … wpadłem na znajomą twarz z biura. Przywitaliśmy się tylko, pomachaliśmy w swoją stronę po czym każdy wrócił do swoich planów. Człowiek leci ponad tysiąc kilometrów, żeby w pierwszej knajpie spotkać gębę znaną tylko z biurowych korytarzy.

W Ochrydzie jest coś specjalnego, trudnego do opisania. Widoki, historia, atmosfera. Wiele osób wpada tu na jeden dzień, jadąc gdzieś po drodze, lub na jednodniową wycieczkę z Albanii. Polecam jednak poświęcić na to miejsce więcej czasu. Tak, aby mieć czas na spacer po uliczkach i promenadzie przy kościele podczas zachodu słońca. Dopiero wtedy w pełni poczujecie ten klimat. Życie turystyczne skupia się na plażach i w Starym Mieście. Warto po prostu pochodzić sobie na spokojnie, aby chłonąć atmosferę i mieć czas nawet żeby porobić zdjęcia. Zadbane, czyste, domy zbudowane w bardzo podobnym stylu. Ogrom zieleni i kolorowych kwiatów. Cudowny spacer, najpierw długim drewnianym pomostem, potem już plażą. Potem dzielnica rybacka, mija się łódki, małe pomosty, w kółko piękne niesamowite widoki. Charakterystyczna architektura domów, w tureckim stylu, z wysuniętym pierwszym piętrem. Aby wykorzystać miejsce, część domów budowana była nad wąskimi uliczkami, i w niektórych miejscach stworzyło to wręcz tunele. Bazar zakończony jest targiem. Głównie to stoiska owocowo-warzywne, punkty z miodem, serem czy domowymi wypiekami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Skopje w maju

Postanowiłem skorzystać w tym roku z majówki i wypadającego przedłużonego weekendu. Od kilku tygodniu jestem na nowym projekcie, jest intensywnie, Brytole pracują normalnie, więc to my musimy się do nich dostosowywać. Szefowa zespołu pokręciła trochę nosem, gdy postawiłem ją przed faktem, że znikam, ale nie dałem jej wyboru. Bilet na samolot kupiłem już dawno, urlop na czwartek mialem zaklepany w styczniu, wszyscy święci go klepnęli a że nastała nowa rzeczywistość – trudno, nie było opcji, musiała mnie puścić. Trochę plułem sobie w brodę, bo lot do Skopje miałem wcześnie rano, i zamiast się wyspać drałowałem na lotnisko łapać samolot. Choć w pakowaniu jestem mocno wprawiony, tym razem szło mi to opornie, walizkę szykowałem dopiero rano, bo wcześniej wszystko inne wydawało się najważniejsze. Udało kupić mi się bilety na koncert M. Damięckiej na dodatek w pierwszym rzędzie więc temu wydarzeniu podporządkowałem cały swój piątkowy grafik. Doleciałem bez trudu, dojechałem do hotelu, taksówka wzięta spod lotniska nie okazała się przejazdem za bajońską sumę, nie czułem się oszukany ani zrobiony w trąbę. Dostałem bardzo ładny przestronny pokój, hotel okazał się czysty i wygodny, położony prawdziwie w centrum, blisko głównego placu miasta i turystycznych atrakcji. Chciałbym napisać, że pierwszego dnia po przyjeździe rzuciłem się w wir zwiedzania, że obudził się we mnie zmysł podróżnika, rzuciłem tylko walizkę i natychmiast pobiegłem do centrum napawać się atmosferą miasta. Nic z tych rzeczy, wziąłem prysznic, otworzyłem butelkę wina, wyciągnąłem książkę, usiadłem w oknie przez, które przebijały się promienie wiosennego słońca, potem leżałem leniwie na łóżku niczym leniwiec, obejrzałem film sącząc wino i … poszedłem wcześniej spać rekompensując sobie nieprzespanych kilka nocy, zupełnie bez wyrzutu, po prostu, taką miałem akurat ochotę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Co mnie nie zabija, wcale mnie nie wzmacnia, ale zostawia we mnie trwały ślad – pisane do samego siebie

Zobaczenie oczami dorosłego doświadczeń dzieciństwa i przeanalizowane tego, co wydawało się niewinne a nawet zasadne, przez pryzmat nadużyć czy naruszeń nie jest proste i wymaga sporego wysiłku… Podczas dzieciństwa przypadającego na okres komuny i transformacji ustrojowej doświadczamy różnych dysfunkcji, które objęły swoim zasięgiem nie tylko domy ale i szkoły, Kościół, sąsiedzkie relacje.

Jestem chyba dzieckiem toksycznych rodziców, którzy latami wikłali mnie w swoje emocje i problemy, próbując wpłynąć na mnie bym poczuł się odpowiedzialny za poprawianie im nastroju i opiekę nad nimi.

Każde spotkanie z nimi skutecznie podnosi mi ciśnienie. Unikam tych spotkań jak ognia, odwiedzam ich nie więcej niż trzy razy w tygodniu i staram się żebyśmy nie byli wtedy sami, bo w ich towarzystwie zawsze mocno muszę się kontrolować, żeby nie eksplodować choć mikroudary dzięki nim przechodzę zapewne regularnie.

Z perspektywy ostatnich tygodni widać poprawę, próbują się dogadać, mój ojciec skapitulował, schował męską dumę do kieszeni i przyjął strategie robienia wszystkiego na jedno tylko kiwnięcie palcem mojej matki.

Moje rozmowy z nią ograniczają się tylko do potakiwania głową, ale kiedy temat schodzi w niebezpieczne rewiry i oczekuje ode mnie przyznania jej racji – milczę.

Mam toksyczną matkę z syndromem nauczycielki, która wszystko musi wiedzieć i na wszystkim zna się najlepiej, używa jednego argumentu – masz robić co ci każę, a nie myśleć.

Na stare lata zamkniemy ją z bratem w zakładzie, niech terroryzuje personel.

Rodzice na stare lata stają dziećmi. Ojciec ciągle pożycza ode mnie pieniądze, nie wiem na co, bo nie pytam, a potem oddaje mi w ratach, żeby na koniec znowu pożyczyć. Wkurzam się, bo mają swoje oszczędności, ale nie lubią z nich korzystać, wolą pożyczyć.

Za tydzień wyjeżdżają do naszego domu nad jeziorem, nie będzie ich przez cale lato, nie przeszkodziło to jednak matce ukwiecić cały balkon pelargoniami, co wiąże się z regularnym podlewaniem.

Wczoraj usłyszeliśmy z bratem, ze cotygodniowe podlewanie zostawia nam, wiec przez następne kilka miesięcy będę co tydzień jeździł na drugi koniec miasta podlewać jej habazie. Na nic tłumaczenia, że ogródek ma tam, po co angażuje nas w rzeczy, na które nikt nie ma czasu a kwiatki na balkonie i tak zdechną. Wszystkie sąsiadki i koleżanki  się na nią wypięły, to nie te czasy żeby angażować ludzi w swoje sprawy. Oczami wyobraźni widzę już jak naście razy dziennie dzwoni i pisze do mnie smsy czy podlałem jej już te kwiatki, których nawet nikt nie ogląda, kiedy ona jest 400km od Wrocławia. Jak przypomnę sobie ostatnie lata, afrykańskie upały, zmęczenie po całym dniu pracy i jej upierdliwe telefony mam ochotę w tym roku zmienić numer telefonu, żeby dala mi wreszcie spokój.

Matka kupiła 50 kilo kartofli, według niej w bardzo korzystanej cenie, trzyma jej w piwnicy, lada dzień zalegną się tam gryzonie, więc wydzwania teraz po dzieciach i każe nam je sobie odebrać. Ja ziemniaki jadam raz na kwartał, nie mam nawet gdzie ich trzymać, no chyba że przesypałbym je sobie do wanny. Chyba kupię sobie psa i „ożenię” ją z jego wyprowadzaniem. Strategia wymuszania określonego zachowania, wzbudzająca wstyd, lek i poczucie winy mogłaby się sprawdzić.

Z wynajmowanego mieszkanie na dniach wyprowadzają się lokatorzy, czeka mnie remont kuchni i związane z tym wydatki. Boje się myśleć ile będzie mnie to kosztowało, ale jeśli nie zrobię remontu teraz, będę tego żałował. Patrzę w excela z wydatkami, na konto w banku i kombinuję jak za to zapłacić i wciąż mieć na wyjazdy pod koniec roku.

Możliwość komentowania Co mnie nie zabija, wcale mnie nie wzmacnia, ale zostawia we mnie trwały ślad – pisane do samego siebie została wyłączona

nadrabiam

Przez ostatnie tygodnie mało pisałem i udzielałem się na blogu. Przed pójściem spać co rusz notowałem sobie w głowie o czym chciałbym napisać, ale przegrywałem ze zmęczeniem, nie potrafiłem się zmobilizować, usiąść i przelać wszystkie myśli w postaci notki.

Ponad 4 tygodnie temu wróciłem z długiego weekendu w naszej stolicy. Bliskich znajomych staram się nie zaniedbywać, próbuję odwiedzać dwa razy w roku, ostatnio gorzej mi z tym szło więc zmobilizowałem się i postanowiłem to nadrobić. Zapalenie spojówek, choć bolesne i nieprzyjemne, bardzo pomogło mi w planowaniu wizyt i rewizyt, inaczej fizycznie nie dałbym rady spotkać się z każdym, któremu to obiecałem. Poza tym musiałbym pracować a tak dzięki elquatro dysponowałem nieograniczenie całymi kilkoma dobami od czwartku do niedzieli, bez konieczności myślenia o zawodowych obowiązkach i dopasowywaniu wolnych przerw w kalendarzu spotkań i telekonferencji, byleby spotkać się na towarzyskie śniadanie, lunch, kolacje, kawę na mieście. Nie ukrywam, w całym zamieszaniu codziennych zadań i obowiązków, było to czego bardzo potrzebowałem.

W niedzielę wróciłem do domu, z poczuciem tego niesamowitego spełnienia i satysfakcji, nazajutrz ze Szwajcarii zadzwoniła V, że razem z A będą w Warszawie… Odkąd A. został dyrektorem finansowym wydawnictwa kursuje między Genewą, Helsinkami, Amsterdamem i Warszawą. V. rzadko towarzyszy mu w tych wyjazdach, bo w domu Montreux zajmuje się trojką małych dzieci. Niestety nie było im po drodze przyjechać do Wrocławia, dlatego nie zastanawiają się długo zobowiązałem się wpaść dla nich do stolicy. Jak na złość w ten sam weekend zapowiedziała się kuzynka, której obiecałem nocleg u siebie przed czekającym ją w sobotę egzaminem. Nie miałem wyboru jak tylko poczekać aż sobie pojedzie, by na szybko na resztę weekendu wpaść do Warszawy. Zadbałem o miły wieczór z kuzynką, zaoferowałem nocleg i ugościłem w domu, zawiozłem na egzamin po czym wsiadłem w taksówkę i pojechałem wprost na lotnisko. W Warszawie pogoda zmieniła się diametralnie, deszcz ulewa, ciemno szaro buro i zimno. Znajomi zatrzymali się w hotelu w centrum, więc żeby nie tracić czasu na logistyczne przeprawy przez miasto zatrzymałem się w tym samym hotelu. Punkt 18 pojawiła się na 40 piętrze w hotelowym barze. Jej mąż znając naszą zażyłość wspaniałomyślnie pojawił się później byśmy na spokojnie mogli obgadać nasze sprawy, sekretne tematy i nacieszyli się swoim widokiem. Siedzimy sobie z V. w pięknym barze z widokiem na Warszawa, sączymy drinka, gdy zza pleców niespodziewanie usłyszałem – Pan Piotr? Początkowo nawet nie zareagowałem, po drugim razie odwróciłem się i moim oczom ukazała się znajoma twarz barmana z warszawskiego Radissona, którego poznałem za czasów moich częstszych wizyt w stolicy, serwującego mi swoje autorskie koktajle, poznałem wtedy też jego przyszłą żonę, a w ogóle byłem zaproszony na ich wesele, ale że nie mogłem się na nim pojawiać wysłałem im olbrzymi czekoladowy prezent. Okazało się że pan L. pracuje teraz tutaj, na 40 piętrze tego hotelu i nie jest już barmanem, ale szefem całego baru, co wprawiło mnie w osłupienie. Przez chwilę nie wiedziałem z kim bardziej chcę spędzić ten wieczór z V czy z L. Jego żona zadzwoniła po kwadransie, były achy i ochy oraz obietnica, że następnym razem koniecznie muszę ich odwiedzić.

V. i A. zabrali mnie na kolację do Fukiera, na bogato – dosłownie, bo zupa szczawiowa kosztowała 65zl, pierogi tyle samo, dania głównie bezcenne, wziąłem comber z jelenia, A. kaczkę a na deser zupa nic i już. Cudownie było się z nimi spotkać i wrócić do wspomnień. W dniu, w którym zaczynasz mieszkać w innym kraju, nie jesteś już turystą ani podróżnikiem, ale nie jesteś też tubylcem. Stajesz się czymś pomiędzy swoim starym życiem a nowym i nie ma znaczenia, jak długo to trwa albo czy wrócisz, bo zawsze będziesz częścią wspólnoty, który przeżył to wyjątkowe doświadczenie i dobrze zna poczucie przynależności i swoistej nieprzynależności, wynikające z życia pomiędzy, wiedząc, że oba uczucie tęsknota za domem i komfort bycia u siebie oraz to co nieznane mogą istnieć w tym samym czasie.

Otagowano , , | 1 komentarz

Stan

Jestem permanentnie zmęczony i nic tu nie zapisuję. Osiągnąłem stan zmęczenia, że myśli krążą między zobowiązaniami sprzed dwóch tygodni, łataniem dziur w kalendarzu z rzeczami do załatwienia na teraz a tym co mam zrobić za dwa tygodnie od dziś. Wstaję rano i czuję się niewyspany, zmęczony jak zombie, w pracy lepiej gdy nikt mi nie przeszkadza, bo jestem skupiony, nieobecny albo niespodziewanie warczę na innych na skutek mikrowylewów irytując się, gdy na spotkaniach zaczynam mylić fakty albo mieszać tematy. Dni mijają mi jak szalone, wczoraj był poniedziałek a ja już ogarniam piątek i cały następny tydzień. Jakby pękła mi nagle żyłka chyba bym kogoś zamordował albo śmiertelnie obraził. Brakuje mi tylko problemów rodzinnych albo zdrowotnych i mógłbym chcieć zakończyć żywot.

Pocieszam się, że nie mam najgorzej, bo inni wokół mają dom na głowie, rodzinę, kredyty, dzieci, zadania domowe, fizykę, matematykę, wywiadówki, zajęcia pozaszkolne – prawdziwe problemy. Przekonuję samego siebie, że mam sielankę i żyję w raju.

5 Komentarzy

Praca i przyjemności

Pracuję, nieustannie, raz musiałem zniknąć na elquatro, bo oko odmówiło mi posłuszeństwa. Na szczęście obyło się bez konsekwencji i nikt mnie nie wyrzucił z projektu, tylko dlatego że zaniemogłem z powodów niezależnych od siebie. Sielanka w pracy więc trwa.

Wpakowałem się niespodziewanie w sytuację z planowanym wyjazdem do Iraku. Bilet na samolot kupiłem na wrzesień, tylko że wyjazd okazał się być 18 miesięcy później. Nagimnastykowałem się, aby znaleźć przewodnika prywatnie, przeraził mnie brak odpowiedzi od lokalnych biur podróży, do których napisałem maile. W końcu odpisał mi ktoś rzeczowo, kto wydaje się rozsądny i urlop w Iraku ma szanse dojść do skutku. Plan odwiedzania Bagdadu – Babilonu – Karbali – Najaf – Nassiriya Basry – Samarry – Hatry – Mosulu- Erbilu – Sulaymaniyahyy – Halabjy – Rawunduz – Lake Dokan – Duhoku wydaje się potwierdzony i dopięty, ale na wszelki wypadek daję sobie przestrzeń na ryzyko, że doleciawszy do Bagdadu mogę zostać z niczym.

Opublikowano podróże, praca | 4 Komentarze

weekendowe myśli

Utknąłem jakby w martwym punkcie, patrzę w przyszłość i nie widzę nic, nie wiem dokąd tak naprawdę zmierzam, niczym pływak unoszę się nad powierzchnią byleby nie utonąć. W pracy burdel i stagnacja. Do listopada chciałbym zmienić pracodawcę, byleby uniknąć trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Ciekawych ofert na rynku pracy brak, teraz wszystko się zamyka i likwiduje, z ostatnich dwóch rekrutacji zostałem odrzucony, w moim mieście nic nowego się nie otwiera a to co jest, jest dla mnie mało atrakcyjne. U obecnego pracodawcy ogłosili brak awansów, podwyżek, premii, ale pracować zachęcają szybciej, lepiej, wydajniej, elastyczniej i z uśmiechem na twarzy, biorąc na siebie więcej i więcej. W obecnej firmie nie widzę dla siebie szans, poza tym najbardziej drażni mnie kolesiostwo i machloje na boku gdy władcy tego kurwidołka nawet się z tym specjalnie nie kryją. Zawsze, gdy myślę, że jest już dno, korporacyjny ład puka od spodu.

Motto ostatnich tygodni: kto sieje asap ten zbiera fuckup.

Nowy projekt to porażka, zawodowy upadek, profesjonalna czeluść absurdu, wróciłem do robienia rzeczy banalnych kiedy miałem lat 23, rozwoju dla siebie na przyszłość nie widzę żadnego, więcej uczę się nalewając sobie kawy z automatu.

Zapominanie bardzo boli. Choć im dalsza przeszłość, tym bardziej wydaje mi się piękniejsza. Katuje się ckliwymi filmami na Netflixie i popadam w coraz większą melancholię.

Sprawy rodzinne wychodzą mi bokiem. Na koniec każdego dnia dziękuję światu, że nikt do mnie nie zadzwonił ani nie napisał z nowym problem. Brakuje mi zrozumienia, cierpliwości i dobrych chęci w rozwiązywaniu rozterek moich najbliższych.

Za dwa miesiące wyprowadzają się lokatorzy z wynajmowanego mieszkania. Mam zagwozdkę czy sprzedać je od razu, czy wyremontować i wynajmować dalej. Znajomi chcą sprzedać piękne, komfortowe, dwupoziomowe mieszkanie, idealne dla singla i z miejscem na fortepian, ale rozmowy z nimi idą jak po grudzie, ile można się w końcu prosić i dopytywać.

Wszystkie wyjazdy zaplanowane mam dopiero na końcówkę roku. Jest majówka w Macedonii, ale ogólnie czeka mnie tylko orka. Nie wiem jak uda mi się pogodzić to ze zmianą pracy, który pracodawca da mi z góry tyle wolnego, a jak będę zmieniał jeszcze mieszkanie to chyba zęby w ścianę i zacznie się zaciskanie portfela.

życie osobiste? Gdy odczuwasz pustkę i nie masz celu, trafiasz w szalone miejsca, ale wciąż czujesz że błądzisz.

Opublikowano Mądrości, praca | Otagowano , , , | 4 Komentarze

nie narzekam, nie narzekam – powtarzam jak mantrę

Piszę z przerwami, bo nie potrafię się wewnętrznie zmobilizować i odpowiednio zorganizować, aby mieć chwilę przelać swoje myśli na bloga, nie zasypiając przy tym z telefonem w ręku. W pracy lepiej, bo dostałem nowy projekt, nic ambitnego, ale z potencjałem, cieszę się bo wiem że wszyscy się na jakiś czas ode mnie odczepią i będę mógł spokojnie sobie rzeźbić w moim ogródku. Tydzień mnie wdrażali, w poniedziałek następnego tygodnia przyszedłem do biura z podrażnionym okiem, które okazało się zapaleniem spojówki, w konsekwencji przez kolejne 4 dni byłem na L4. Oko miałem czerwone, łzawiłem, do końca dnia bolało mnie ucho i dostałem kataru na co pierwszy lepszy okulista z miejsca wystawił mi zwolnienie. Przez krótką chwilę było mi to nawet na rękę, ale jak okazało się, że w ciągu dnia muszę zaciągać rolety, drażni mnie światło, nie mogę oglądać filmów ani czytać, szybko przestałem cieszyć się z takiego stanu rzeczy. Oglądanie filmów jednym okiem też nie wchodziło w grę, choć w lokalnym kinie kupiłem bilety na pokaz specjalny filmu dokumentalnego „Mur” Kasi Smutniak połączonego ze spotkaniem z reżyserską. Włosi Kasię znają i uwielbiają, osobiście nie mogłem oprzeć się pokusie uczestniczenia w takim wydarzeniu, ale oglądanie filmu jednym okiem niczym cyklop, okazało się z moje strony bardzo dużym poświęceniem. Na weekend pojechałem do Warszawy, spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i pod każdym względem ten weekend był udany. Przypomniały mi się stare czasy nieplanowanych, beztroskich wypadów do polskiej stolicy, dzikie wieczory, szampan, fajerwerki, śmiech i atmosfera bardzo dobrego humoru. Powrót niestety okazał się zderzeniem z rzeczywistością, bo moja mama niefortunnie upadla, uszkodziła kolano a przez swoją chytrość przestała płacić za prywatną opiekę medyczną, stawiając mnie z bratem w sytuacji podbramkowej. SOR nie, bo tam trzeba czekać, a czekanie upokarza, płacić za konsultację lekarską i RTG nie chciała bo za drogo a przecież przez 40 lat płaciła składki na ZUS, a dostęp do darmowej służby zdrowia w jej mniemaniu po prostu jej się należał. Niestety rzeczywistość okazała się okrutna, żaden zakład opieki medycznej nie otworzył przed nią swoich podwojów i biedaczka musiała boleśnie zmierzyć się z rzeczywistością. I taką mam ogólnie obecnie sytuację…  

3 Komentarze