W zajebiście mroźny czwartkowy poranek o godz 8:06 wszedłem do biura w nastroju „mam ochotę komuś przypierdolić”. Od razu wziąłem się za pracę, żeby nie myśleć o tym, co działo się wokół i w mojej głowie.
Przed południem niespodziewanie zadzwoniła do mnie babka z „be inspired” i zaprosiła na rozmowę w sprawie pracy.
W ciągu kilku minut mój nastrój zmienił się diametralnie.
Wypytałem ją dokładnie o to: z kim, o czym, gdzie, kiedy, w jakim języku, jak długo i w czyjej obecności będę rozmawiał i do czego mam się ewentualnie przygotować.
W sobotę pojechałem do w WAB do siedziby firmy.
Spotkanie zaplanowane było na 50 minut.
Szef działu przyjął mnie w dżinsach i bluzie (ok. – widać taki mają styl pracy – pomyślałem), ale potem było już tylko gorzej: przez bite 30 minut trajkotał beznamiętnie o historii koncernu począwszy od II poł. XIX wieku, strukturze firmy, pracy w oddziałach i działach, komórkach, obowiązkach wszystkich unitów, menadżerów i personelu pomocniczego.
Gdzieś tam w tym kotle, w bliżej nieokreślonym miejscu, miałem być ja, robiący chyba za pieniądze coś jakoś (może z niczegoś), przez dłuższy okres czasu, z uwzględnieniem czasu pracy, materiałochłonności, prognoz, kosztów stałych i zmiennych, oraz travel expenses. To wielkie dzieło miało dokonywać się na wielu płaszczyznach i wymagało zdolności interpersonalnych (o wielopłaszczyznowości działania wspominał kilkakrotnie – ale do końca nie dowiedziałem się jakie płaszczyzny miał ów człek na myśli).
Gdy wreszcie po pół godzinie wywodów dopuścił mnie do głosu zapytał o jedno: proszę opowiedzieć coś o sobie. Poraziła mnie przenikliwość tego pytania, które decydowało o moim być albo nie być w tej firmie.
Szybko też okazało się, że czy zacząłbym od studiów, pracy, obecnych obowiązków, kolegów ziomali z siłowni czy od aktualnych promocji na sery w L.Eclercu, które widziałem na bilboardach na mieście to i tak pan miał to głęboko gdzieś, bo wcale mnie nie słuchał i natrętnie przerywał co chwilę moją wypowiedź, bo własnie coś sobie przypominał, czego nie zdążył wyartykułować w pierwszej fazie ataku słowotoku.
I tak było już do samego końca – on mówił sobie a ja sobie, nie było dyskusji, trudno było nazwać nasze spotkanie nawet dialogiem, nie usłyszałem żadnych konkretów, niczego tak naprawdę się nie dowiedziałem – pozostał tylko chaos, pouczucie bezsensu i straty czasu.
Rozmowa miała być w całości po angielsku, ale nie wymieniliśmy między sobą nawet jednego zdawkowego hi , bye czy sorry. Za to w ramach sprawdzenia mojej umiejętności odnajdywania się w szybko zmieniającym się otoczeniu pan posadził mnie za swoim laptopem i kazał trzaskać zadania w arkuszu kalkulacyjnym.
Ło-maj-got, cóż za podstęp, ale szczwany i przebiegły lis mi się trafił…
Na koniec chciałem zadać mu kilka pytań, ale nasz czas dobiegł końca, przyszedł kolejny kandydat załapać się na kolejny seans monologu.
Facet zdawał się być mocno zdziwiony, że miałem jakieś pytania.
Z parunastu przygotowanych zadałem mu raptem 3 czy 4, ale niestety na żadne nie odpowiedział mi w sposób jednoznaczny.
To wszystko tak się potoczyło pewnie dlatego, że nie nadawalismy z tym panem na tych samych płaszczyznach.
Lepiej niech on już teraz do mnie nie dzwoni. Jak dla mnie chyba już bardziej inspiring & exciting jest praca z moim obecnym szefem pazurojadem – bo ten nowy to nawet nie wydał mi się jakoś inspirująco sexy.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.