Damaszek – dzień 2

Damaszek od razu mi się spodobał, a zwłaszcza jego stare miasto. To niezwykle klimatyczne środowisko miejskie, z sukiem i alejkami wypełnionymi budynkami, ludźmi i historią, chrześcijanami i muzułmanami często obok siebie. Ma mocne roszczenia do bycia najstarszym stale zamieszkanym miastem na świecie i nie miałem trudności z uwierzeniem, że to prawda.

Wczoraj udało na się zobaczyć tylko podziemny kościół powiązany z nawróceniem damasceńskim (które miało miejsce przy „ulicy zwanej Prostą”), trumnę, która podobno zawierała głowę Jana) Chrzciciela w Wielkim Meczecie (co oczywiście jest kwestionowane) i Hotel Baron, w którym gościli Agatha Christie i król Faisal. Historia tego kraju jest długa, skomplikowana i wyczerpująca. Przez stulecia będąca integralną częścią Imperium Osmańskiego, Syria była następnie przez ćwierć wieku okupowana przez Francuzów, zanim w 1946 roku Damaszek stał się stolicą niezależnego królestwa (ogłoszonego przez Faisala z hotelu Baron). Tyle wiedziałem, chociaż ominąłem unię z Egiptem (coś, co wciąż symbolizują dwie gwiazdy na fladze Syrii). W 1970 r. władzę objął Hafez al-Assad – ojciec obecnego prezydenta i nadeszły cztery dekady względnej stabilności. To nie jest miejsce na komentarz na temat dobrych i złych stron niedawnego konfliktu i obecnego przywództwa syryjskiego, zwłaszcza dlatego, że nie mam kwalifikacji, aby go przedstawić poza banalną uwagą, że jest on bardzo złożony. Nasz przewodnik miał konkretny pogląd iw kontekście nie całkiem irracjonalny. Jego życie przed 2012 rokiem było dobre, a „terroryści” to zakłócili. Assad postanowił powstrzymać tych terrorystów i w dużej mierze mu się to udało. Ergo, Assad to dobra rzecz. Nie zabrakło eufemistycznych nawiązań do „kryzysu” i krytyki zachodniego terminu „Arabska Wiosna”, sugerującego odrodzenie. Zdaniem naszego przewodnika przyniosło to głównie zniszczenia. Podczas mojego tygodnia w Syrii trudno było uciec Basharowi al-Assadowi. Wszędzie wisiały wyblakłe od słońca plakaty przedstawiające Prezydenta, chociaż jego propagandyści zadbali o to, aby wprowadzić trochę urozmaicenia: czasami był w trybie wojskowym (mundur i Ray-Bany); czasami mąż stanu (garnitur i poważna postawa); czasami bez krawata i z nutą uśmiechu. Były to oficjalne wystawy na poboczach dróg i budynkach rządowych, ale pojawiały się też mniejsze plakaty. Niewiele z tych ostatnich pojawiło się spontanicznie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Damaszek

Po całym dniu chodzenia i zwiedzania padam na twarz, 40 stopni, brak wilgotności a zamiast tego olbrzymia suchość powietrza też mogą człowieka wykończyć. Nie da się oddychać tym żarem.

Stare miasto Damaszku jest uważane za jedno z najstarszych stale zamieszkanych miast na świecie. Kalifat Umajjad utworzył Damaszek jako stolicę, tworząc scenę dla stałego rozwoju miasta jako żywego muzułmańskiego, arabskiego miasta, na którym każda kolejna dynastia pozostawia swój ślad.

Pomimo dominujących wpływów islamu, w mieście widoczne są ślady kultur rzymskiej i bizantyjskiej: dzisiejsze miasto opiera się na rzymskim planie, utrzymuje orientację greckiego miasta, bo wszystkie jego ulice są zorientowane na północ-południe lub wschód-zachód.

Mohammed przeczołgał nas dzisiaj po atrakcjach Starego Miasta, które są piękne, ale współczułem podróżującym w naszej grupie kobietom, bo aby wejść do wielu z tych atrakcji musiały zakrywać ciało, głowę i włosy nakładając na siebie czarne brudne pożyczone szmaty.

Na wąskich uliczkach miasta co krok spotyka się zdjęcia i podobizny Al-Asada, wychodząc rano z hotelu zacząłem je liczyć, ale po któryś -dziestym przestałem liczyć. Przy wejściu na suk, meczetów, na skrzyżowaniach ulic dużo kontroli wojskowych, nie wolno robić im zdjęć o czym przypomina się nam na okrągło. Wśród młodych żołnierzy z karabinami mam wrażenie że dużo jest dzieci i młodzieży, co przypomina o tragedii, która wciąż przetacza się przez kraj.

Mieszkańcy są jednak przyjaźnie nastawieni do turystów, często jesteśmy zaczepiani i pozdrawiani, często obdarowani uśmiechem, prosi się nas o zdjęcia, a czasami też o pieniądze.

Przez cały dzień nic nie jadłem, nie miałem nawet apetytu, regularnie uzupełniając tylko zapasy wody.

Wieczorem umówiliśmy się w kilka osób na wspólną kolację: dwie Brytyjki, Japończyk, Brazylijczyk i ja. Jesteśmy zdrowo szurniętą zgrają przypadkowych osób. Przy jedzeniu rozmowa przeszła na temat kuchni świata i najbardziej obrzydliwych rzeczy, które próbowaliśmy podczas naszych podróży. Zaczęło się niewinnie od smalcu, kaszanki, flaków, pasztetu z królika, kabanosów z koniny, wątróbki, kwaśnego mleka, poprzez włoską trippe czy casu marzu – zgniły ser owczy nafaszerowany larwami muchy serowej, haggis – specjał szkockiej kuchni narodowej mieszanki zmielonych owczych podrobów (serca, wątroby i płuc. Shinichi rzucił na tapet trująca rybę fugu, balut – zapłodnione kacze jajo z Filipin, skandynawski hakarl – islandzka potrawa z rekina, który zaraz po złapaniu, zakopywany jest pod ziemią na okres od 2 do 6 miesięcy. Islandczycy czekają, aż mięso się rozłoży, po czym wykopują je, kroją na kawałki i tak podają do jedzenia. Hakarl ma silny zapach amoniaku i bardzo intensywny smak. Kolega z Japonii rozbił bank określając smak jednej z potraw jako smak oblizywanej toalety, przy tym okazał się prawdziwym znawcą koreańskich sannakji – małych, żywych ośmiornic krojonych i polewanych olejem sezamowym, których macki nadal się wiją się w buzi i przyklejają się do podniebienia. Skorpiony, pająki, świnki morskie, smażone tarantule, szczury, czy grillowane psy z Konga nikogo już nie obrzydzały.

Zagadka: czego Chińczyk nigdy nie weźmie do ust co ma cztery nogi?

Odpowiedź: stołu.

Kurtyna

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Bejrut – Damaszek

Wstałem niewyspany, w nocy w ogóle nie mogłem zasnąć, około 2 czy 3 dostałem wiadomość na grupie, że nasz wyjazd do Domaszku opóźni się o godzinę, bo jeden z uczestników utknął na lotnisku w Stambule i nie będzie mógł dotrzeć do Bejrutu na czas. Zasnąć udało mi się dopiero po 4.

Punkt dziesiąta w hotelowym lobby spotkałem się z całą grupą, na początku kurtuazyjne przedstawianie się i poznawanie, po czym szybko zapakowaliśmy nasze rzeczy do autobusu i ruszyliśmy w stronę syryjskiej granicy. Moja grupa okazała się bardzo mieszana, w sumie 13 osób, w większości Brytyjczycy, jest parę osób z Belgii, jeden Brazylijczyk, Hiszpan, Polka ze Stanów no i Japończyk. Każdy reprezentuje inny wiek, kulturę, inny poziom i styl życia, łączy nas jedno: pasja podróżowania do najdalszych zakątków świata. Już po pierwszych rozmowach okazało się, każdy na swoim koncie wizyty albo w Algierii, Mauretanii, Gujanie Francuskiej, Surinamie, Timbuktu, odwiedził Koreę Północną, Palau, wyspy Polinezji czy Mikronezji, dotarł do Wenezueli, Nowej Kaledonii albo przetarł szlaki Libii i Sudanu. To było prawdziwie niesamowite doznanie, w kilka chwil poczuć więź z zupełnie obcymi osobami i z pasją opowiadać i słuchać o najbardziej egzotycznych i niedostępnych miejscach na świecie.

Do granicy z Syrią dotarliśmy po niespełna 2 godzinach. Najpierw pół godziny zajęło nam przejęcie przez granicę libańską, otrzymanie pieczątki wyjazdu a potem zaczęła się cała biurokracja na wjedzie do Syrii. Na początek zebrali nasze paszporty, w specjalnym okienku musieliśmy uiścić opłatę za wizę, zaczęło się przeliczanie dolarów, skrupulatne sprawdzania każdego banknotu, jakieś formularze, wpisy po arabsku. Potem po kolei stawaliśmy w kolejce do innego okienka gdzie pan, w mundurze i o bardzo surowej minie, kartka po kartce przeglądał każdego paszport i każdą pojedynczą pieczątkę. Wizyta w Izraelu lub choćby pieczątka z granicy jordańsko lub egipsko-izraelskiej automatycznie dyskwalifikowało pod kątem wjazdu do Syrii. Całość trwała ponad dwie godziny, byliśmy ciekawą grupą, bo każdy z nas mógł poszczycić się prawdziwą kolekcją pieczątek i wiz w paszporcie a każdą stronę trzeba było przecież skrupulatnie sprawdzić więc siłą rzeczy musiało to trwać. Co rzucało się w oczy to wszędobylskość podobizn Baszszara al-Asada: na ścianach, drzewach, plakatach, murach.

Nasz lokalny pilot Mohamed dokładnie przedstawił nam reguły wyjazdu. Zero wychodzenia samemu z hotelu dalej niż na 200 metrów. Jeśli zatrzyma kogoś policja lub wojsko, to nieprzyjemności będziemy mieli wszyscy. Całkowity zakaz robienia zdjęć obiektom militarnym, czołgom, żołnierzom, wojsku i policji. Nie będzie ostrzeżeń, zatrzymają nas wszystkich i skonfiskują nasze aparaty, kamery czy urządzenia mobilne.

Jak mantrę powtarzał: istnieją 4 kraje gdzie zasady są mocno egzekwowane: Libia, Sudan, Korea Północna i Syria.

Każdy z nas otrzymał ogromną kopertę z gotówką funtów syryjskich. Na 90 dolarów składało się kilka kupek związanych gumką banknotów, które niektórym nie mieściły się w plecakach. Sam upychałem pieniądze po kieszeniach, plecaku, nerce i pasku – śmiechu było przy tym co niemiara.

Kiedy w końcu po następnych kilku godzinach podróży dotarliśmy do Damaszku było późne popołudnie. Nasz hotel znajdował się w starej części stolicy. Piękny zabytkowy budynek, z pięknym lobby, oszałamiającą architekturą wnętrz, piękne, bogato zdobione dodatki, wykusze, okna, niesamowite mozaiki i kolory, do tego wszędzie pięknie zadbana roślinność.

Po godzinie odpoczynku ruszyliśmy w miasto: kościół Ananiasza, Wschodnia Brama i Bab Sharqi czyli ulica Prosta gdzie zgodnie z Dziejami Apostolskimi mieszkał apostoł Paweł.

Nie jedliśmy lunchu dlatego zgodnie wszyscy udaliśmy siw na wcześniejszą kolację. Stół uginał się od przystawek i dań głównych. Królowały warzywa, humus, tabbouleh i jagnięcina w każdej postaci. Zanim pozwolono nam skosztować tych smakołyków każda z nas bezwzględnie musiał zjeść pół surowej cebuli: miało nas to ochronić przed sensacjami żołądkowymi przez następne kilka dni. Woda w Syrii nie jest zdatna do picia, nawet myjąc zęby czuje się, że jest z nią coś nie tak. Na efekty muszę poczekać jednak do jutra…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

Przeczytać za kilka lat

Zdarza mi się czasami przeczytać o czymś ciekawym, odnoszącym się do przyszłości i kusi mnie wtedy, żeby o tym pamięć, by później móc to sprawdzić i zweryfikować. Taki list pisany do samego siebie w przyszłości…

Mnóstwo mówi się i pisze ostatnio o potencjale sztucznej inteligencji, co jest z jednej strony zarówno ekscytujące, jak i przerażające.

Nawet założyciel Microsoftu, opublikował list otwarty na temat potencjalnych zalet i wad sztucznej inteligencji. Jako branże najbardziej dojrzałe do rewolucji sztucznej inteligencji wymienił zmianę klimatu, produktywność, edukację i opiekę zdrowotną.

Niektóre firmy specjalizujące się w tych dziedzinach odnotowały już korzyści związane ze sztuczną inteligencją, ale co wydaje się kwestią długoterminową dla inwestorów, to etyka sztucznej inteligencji.

AI stała się teraz języczkiem uwagi. Mnóstwo nowych funkcji opartych na sztucznej inteligencji opracowanych przez firmy technologiczne zaostrza wyścig o zdominowanie tej ekscytującej nowej przestrzeni. Od kilku miesięcy sam z sukcesem używam ChatGPT, który wyręcza mnie w tworzeniu dokumentów oraz treści do prezentacji. Kwestią czasu będzie wymóg pisania pracy dyplomowej, bo recenzent będzie czytał ją dłużej niż zajmie komuś jej napisanie. Nie wiesz jak to działa? Zapytaj swoje dziecko, bo wypracowania piszą się same…

Wszystko o czym czytam w tej chwili brzmi jak science fiction, ale potrafię wyobrazić sobie jak AI doradza mi np. w co inwestować, wymyśla potężny algorytm i identyfikuje, które akcje i papiery wartościowe wyglądają najbardziej obiecująco.

Rozwój sztucznej inteligencji będzie tak samo fundamentalny, jak stworzenie mikroprocesora, komputera osobistego, Internetu i telefonu komórkowego. Zdolność ChatGPT do wyrażania pomysłów w coraz większym stopniu będzie przypominała dostępność zwykłego pracownika umysłowego, który pomoże w różnych zadaniach. Aplikacje Word, Outlook, Excel, Teams, wyszukiwarki, strony banków, urzędów, miejsc użyteczności publicznej, sądów, standardowo będę zintegrowane z AI. Sztuczna inteligencja wesprze opiekę zdrowotną i edukację, eliminując bariery językowe i problemy z dostępem. Pracowników tych branż uwolni od obciążeń administracyjnych.

Teraz to tylko czekać…

7 Komentarzy

Bejrut

Dotarłem do Bejrutu, zarówno, ja jak i mój bagaż. W samolocie miałem lekki spadek formy, mam wrażenie że coś mi zaszkodziło i pierwszy raz od lat myślałem, że będę zmuszony skorzystać z papierowej torebki. W Bejrucie po mimo późnej pory było bardzo ciepło, ponad 20 stopni, na lotnisku czekał na mnie kierowca, który zawiózł mnie do Hamry gdzie znajdował się mój hotel. Powietrze było ciepłe, lepkie i jakby słodkie. Rano od wczesnych godzinach szybko robiło się upalnie.

Grupa z którą jedziemy pojutrze do Syrii powoli zjeżdża się do stolicy Libanu. Angole lecący z Londynu mają problemy z połączeniami.

Dziś wszystkich rozemocjonowała wiadomość że w Syrii nie akceptuje się dolarów amerykańskich wydanych przed 2013 roku. Jadąc tam, wiozę ze sobą gotówkę, za którą opłacę pobyt, jedzenie, zwiedzenia i wizę. Nie akceptuje się kart kredytowych a bankomaty pozostawiają wiele do życzenia. Okazało się że wiele osób nie było na to przygotowanych, albo po prostu wypłacili w swoim kraju dolary z banku a dopiero tutaj okazało się, że data emisji na banknocie jest aż tak istotna. Średnio uśmiechało mi się chodzenie po mieście z nieporęczną gotówką na kilkaset dolarów dlatego w kantorze kupiłem same setki. Dziś okazało się że właśnie z tymi setkami będzie największy problem, bo zarówno Libańczycy jak i Syryjczycy patrzą i sprawdzają je po kilka razy nim je przyjmą. Limity w libańskich bankomatach i okrutnie niekorzystny kurs walut wcale w tym nie pomagają.

Spotkałem się z kolegą. Poszliśmy na lunch. Jestem w stolicy Libanu a Hadi na lunch wybrał dla nas włoską knajpę…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 6 Komentarzy

Zacisnąć zęby i byle do wyjazdu

Taka to myśl przewodnia przyświecała mi głównie przez ostatnie kilka dni. Wiedziałem, że cokolwiek wydarzy się w pracy, muszę przeczekać, bo nie będzie miało to większego wpływu na mnie, skoro pod koniec miesiąca znikałem na dwutygodniowy urlop. A co będzie działo się w grajdołku w trakcie, jakoś mało mnie interesowało. Przez ostatnie kilka dni trzymałem więc głowę nisko, robiłem swoje i nie wychylałem się z niczym, byleby pozostawiono mnie w spokoju. Plotki o pracy na projektach w godzinach pracy amerykańskich stref czasowych okazały się prawdą. Po powrocie grozi mi bolesne zderzenie się z rzeczywistością, może nawet płacz i zgrzytanie zębami, konieczność zmiany pracy, ale z drugiej strony zaplanowałem wakacje w Syrii – przecież tutaj też może zadziać się wiele.

W piątek M. skutecznie popsuł mi humor. Nie byłem zły, po prostu rozczarowany nami dwojga, dotarliśmy do punktu bez wyjścia. Tzn. wyjście jest, M posunął się nawet o krok dalej i teraz czeka na moją reakcję. Nie dotarło to do mnie chyba jeszcze zupełnie, ale wiem że na cokolwiek się zdecydujemy, jakiegokolwiek rozwiązanie wybierzemy, wspólnie bądź osobno, ktoś będzie cierpiał.

„Rób co uważasz za konieczne, ja będę robił swoje.”

Opublikowano praca | Otagowano , | 7 Komentarzy

Coś pozytywnego

Dzisiaj mija pół roku bez cukru.

Latem jeżdżę na rowerze 25 km dziennie, teraz co drugi dzień biegam 10 km, zapisałem się dodatkowo do morsów, nie jem mięsa, produktów mlecznych ani mąki.

Zmiana jest niesamowita. Czuję się rewelacyjnie.

Odstawiłem całkowicie alkohol (to już ponad rok!!) i zdrowo się odżywiam. Przeszedłem na dietę bezkofeinową i bezcukrową.

Ćwiczę na siłowni 2 godziny dziennie…

Nie wiem czyj to post, ale fajnie mi się go czytało, wiec postanowiłem sobie skopiować i wkleić, żebyście też sobie poczytali…

10 Komentarzy

Jeśli czujesz, że ta wycieczka nie jest dla ciebie odpowiednia, skontaktuj się z naszym biurem w ciągu 24 godzin od dokonania rezerwacji, a my dokonamy pełnego zwrotu kosztów.

Mówi się że, Sokotra nie przypomina żadnego miejsca na świecie. Ta niewielka wyspa na Morzu Arabskim przez większość swojej historii odcięta od reszty świata, ale ostatnio zaczęła kwitnąć tam turystyka. Jest domem dla wielu niezwykłych okazów faun i flory, których niespotykanej nigdzie indziej. Oszałamiające widoki, kwitnące życie morskie i słynne smocze drzewa krwi to tylko kilka powodów, dla których Sokotra jest jednym z najbardziej niesamowitych miejsc do odwiedzenia.

Wycieczka oficjalnie rozpoczyna się po przybyciu na lotnisko na Sokotrze i kończy się wraz z wylotem, ponieważ bardzo trudno jest zorganizować loty na i z wyspy, biuro pomoże mi je zorganizować. Podróż na pokładzie linii lotniczych Yemenia Airways z Kairu, z przesiadką w Adenie, a koszt lotu w obie strony to 1159 USD. Biuro zarezerwuje dla mnie loty liniami lotniczymi, wystarczy, że przywiozę pieniądze na lotnisko i przekażę je przewodnikowi.

Spędzę 4 noce w hotelu w Hadibou i 3 noce na kempingu. Zakwaterowanie podczas całej wycieczki jest bardzo proste, hotel ma bieżącą wodę, elektryczność i czyste prześcieradła, jednak nie zawsze zapewnia papier toaletowy lub ręczniki. Mało jest prawdopodobne, że kempingi będą w wyposażone w udogodnienia: mam przygotować się na wychodki i co najwyżej beczkę z wodą z małym dzbankiem do mycia. Oczami wyobraźni już siebie tam widzę, przy pierwszym myciu zużyję limit przewidziany na cały pobyt…

Lokalny przewodnik zapewni mi własny namiot, materac, koc i poduszkę na noce spędzone na biwaku. Robaki pluskwy i inne owady wliczone w cenę. Istnieje możliwość ulepszenia hotelu, jednak jakość ulepszonego hotelu jest tylko nieznacznie lepsza niż ten, w którym będę przebywać podczas naszej wycieczki. Jeśli chcę podwyższyć standard, istnieje tylko opcja pokoju jednoosobowego.

Na całej trasie poruszam się autem terenowym z napędem na cztery kola.

Wiza na Sokotra to tylko osobna kartka papieru i nie muszę przedstawiać paszportu w ambasadzie, opłata za wizę wynosi 75 GBP i zostanie doliczona do rachunku.

Na Sokotrze obowiązuje Rial jemeński jako waluta lokalna, z którą trudno jest wyjechać poza granice kraju. Do zabrania ze sobą najlepiej nadaje się dolar amerykański ponieważ inne waluty są trudne do wymiany. Nie są akceptowane wszelkie banknoty wystawione przed 2006 r. Pierwszego dnia przewodnik zabierze mnie do miejsca wymiany pieniędzy. Gwoli informacji na Sokotrze jest tylko jeden bankomat, jest jednak bardzo zawodny, więc lepiej zabrać ze sobą potrzebne środki na cały czas trwania wycieczki.

Jedzenie i woda wliczone są w cenę wycieczki i jest tylko jedna okazja do zakupu pamiątek (które i tak są bardzo tanie), więc gotówka jest raczej zbędna. Alkohol w całym kraju jest nielegalny, więc nie sądzę że będę potrzebować jakiejkolwiek gotówki.

Tak. Ta wycieczka jest przygodą, muszę być na to przygotowanym i nie oczekiwać luksusów. Zakwaterowanie podczas całej wycieczki jest bardzo proste; hotel w Hadibou ma bieżącą wodę, prąd i według lokalnych standardów czystą pościel, jednak nie zawsze zapewnia papier toaletowy, mydło lub ręczniki, więc własne będą na wagę złota. W tych bardzo odległych miejscach wyspy spędzę 3 noce „na dziko”. Dla wygody zapewnione są namioty, materace, koce i poduszki, ale bez żadnych udogodnień, takich jak prysznice czy toalety. To ta najbardziej ekscytująca dla mnie część wyjazdu.

Główną częścią wycieczki, fizycznie najtrudniejszą, jest 90-minutowy spacer do jaskini Hoq. Jest stromo, bez ścieżek, szlaku, wśród luźnych kamieni i skał, w ogromnym upale, który zapewne nie pomaga we wspinaczce. Już się na niego cieszę, jak mokry spocony położę się później w namiocie umyty w kubku wody.

Podczas całej wycieczki poza hotelem nie ma możliwości ładowania urządzeń elektronicznych, dlatego zaleca się korzystanie z akumulatorów. Na kempingu nie ma dostępu do prądu ani sieci wi-fi. Nie będzie więc blogowania ani whatsup ani insta.

Hotel ma dostęp do internetu, ale nie należy na nim polegać, ponieważ jest bardzo słaby i często nie działa. Na wyspie nie działają telefony komórkowe. Mamusia więc dzwonić nie będzie. Zakup karty sim w celu korzystania z danych mobilnych jest możliwy, jeśli desperacko będę potrzebował korzystać z internetu, jednak jest to nadal bardzo niestabilne i w wielu obszarach wysypy najzwyklej w świecie nie będzie sygnału. Muszę przygotować się na tygodniowe odcięcie od technologii. Rodzina tym bardziej.

W związku z ty, że alkohol jest nielegalny, nie będę mógł go spożywać podczas całego pobytu w Jemenie. Po powrocie upiję się w samolocie.

Wielkość grupy to 14-16 osób, plus jeden pilot wycieczki i jeden lokalny przewodnik.

Ponieważ będziemy podróżować do miejsc położonych na uboczu lub z bardzo o słabej infrastrukturze turystycznej, podczas wycieczki nie zawsze wszystko może pójść zgodnie z planem. Znowu przygoda. Jako część wycieczki grupowej doświadczę wzlotów i upadków podróżowania w grupie. Moi towarzysze podróży będą pochodzili z różnych krajów, reprezentowali różne płci i w różnym wieku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 16 Komentarzy

Bardzo udany dzień

To był udany dzień, nie spodziewałem się tego, ale na końcu przykładając głowę do poduszki czułem jedynie zadowolenie, bez głowy pełnej zmartwień. W pracy ożenili mnie z  przetargiem, o którym de facto nie mam zielonego pojęcia. Dyrektor zadzwonił do mnie niepodziewanie, poprosił aby mu coś zanalizować, nie wprowadzając mnie zbytnio w temat i to akurat trochę mnie to ubodło, bo nienawidzę rzucania tematem w twarz, a potem ogarnij to sobie sam człowieku. Jakiś dokument z Eurostatu, z komisji Unii Europejskiej, jakieś statystki wody, system rachunkowości środowisko-ekonomicznej, 450 stron bełkotu i nie wiedziałam w ogóle jak się do tego zabrać, ale coś tam poszukałem, zmontowałem w korpo prezentację i ogarnąłem na tyle dobrze, że na spotkaniu usłyszałem „dziękuję dobra robota”.

Gdy coraz większymi krokami zbliża się seria moich wyjazdów do Syrii, Pakistanu i Jemenu, właśnie otrzymałem potwierdzenie wizy syryjskiej, więc tak naprawdę jedyne co muszę to w przyszłym tygodniu tylko pojawić się o czasie Bejrucie.

Wiza do Pakistanu zajęła mi trochę więcej czasu, bo całe to zbieranie dokumentów, zdjęć i skanów trwało. W końcu kiedy udało mi się złożyć aplikację online przewidywany czas oczekiwania pojawił mi się 30 dni a ja dostałem wizę za już w niecałe 24 h super.

Mam też ubezpieczenie, zakupione w PZU, pełen pakiet na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć. Kobiety trochę mnie wkurzyły, bo uparcie twierdziły, że kraje pt. Syria i Jemen nie istnieją, bo nie miały ich w swojej rozpisce.

W ciągu dnia odezwał się do mnie M z propozycją nie do odrzucenia, ponoć spotkał się z adwokatem więc chyba zaczyna coś działać by móc się ode mnie ostatecznie uwolnić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Bardzo udany dzień została wyłączona

podsumowanie

Ostatnie tygodnie miały lepszy lub gorszy przebieg. Nic niedobrego praktycznie się nie zadziało, nie miałem jednak weny pisać o czymkolwiek. Kilka razy łapałem się w myślach, że miło by było przelać na klawiaturę kilka swoich myśli, ale ostatecznie wybierałem opcje ciszy w eterze.

Ostatni tydzień obfitował za to serie wielu niespodziewanych spotkań i wydarzeń, które uruchomiły we mnie chęć ich spisania.

Niecałe 3 tygodnie temu dowiedziałem się, że klient zwolnił mnie z programu, na którym budowałem swoje zawodowe projektowe portfolio. Nie byłem smutny, ale było mi żal, że musze zaczynać od początku budować relacje z nowym zespołem, do którego de facto jeszcze mnie nie przydzielono. W dobie ostatnich wydarzeń w pracy, impasu z projektami zdany jestem tylko na najbogatsze branże, które stać na nasze usługi: farmacja, banki, przemysł naftowy albo energetyczny. Rozmowy z tym ostatnim klientem mogą skończyć się kontraktem, choć nie wiem jak przełkną to znajomi i rodzina, kiedy dowiedzą się, że pracuję z Obajtkiem i doradzam biznesowo spółce Orlen.

Szkoda mi brytyjskiego zespołu. Może nie muszę tracić czasu na oduczanie się tego, co dzięki nim się nauczyłem, bo ostatnie 18 miesięcy było prawdziwie niesamowitym doświadczeniem, a praca z niektórymi po prostu codzienną przyjemnością. Nic nie zapowiadało, że moje zawodowe El Dorado byłoby jakkolwiek zagrożone, bo dwa miesiące temu zwolniono masę osób zachowując mnie, nie było przesłanek, abym miał zakończyć swoja współpracę z nimi, pech chciał że nadal nie mają zaaprobowanego budżetu, więc niewidzialna ręką rynku dosięgnęła w końcu i mnie. Szczęśliwie i z satysfakcją z sukcesem zdążyłem dowieźć Brytyjczykom ostatni projekt, od wtorku jednak ląduje na tzw. ławce. No chyba, że ludzie Obajtka się nagle zreflektują i wezmą mnie od razu do swojego zespołu doradczo – projektowego.

W najbliższych sześciu miesiącach mam zaplanowane kilka egzotycznych wyjazdów: Syria, Pakistan, Jemen. Chciałem jeszcze do Afganistanu w podróż-wyprawę kulturoznawczą z przewodnikiem, ale poczekam do końca przyszłego roku, bo w marcu leci tam pierwsza grupa śmiałków odkąd rządy w kraju przejęli Talibowie.

Dużo spotykam się ze znajomymi, życie towarzyskie tętni w pełni, ciągłe wizyty i rewizyty, wyjazdy wyjścia do ulubionych knajp i wrocławskich ogródków plażowych – prawdziwie lato w pełni. Ekipę w pracy mam niesamowitą i z dumą mogę przyznać, mam szczęście pracować w bardzo przyjaznym i zintegrowanym środowisku. Kilka naszych spotkań było prawdziwie kultowych i za każdym razem kiedy mówimy o następnym wyjściu, nie mogę wprost się doczekać kiedy ono nastąpi.

Kiedy człowiekowi układa się w pracy i towarzysko, kuleje co innego. Moje dawne życie osobiste nie istnieje, a im dłużej trwa ten niebyt i bezmiar milczenia, tym bardziej mam świadomość, że nie będzie czego ratować z relacji z M. Próby nawiązania kontaktu, choć obopólne, bardzo szczere i poprawne, skończyły się momencie kiedy dotknęliśmy tematów wrażliwych. Głupoty, braku rozsądku i życiowego niewyrobienia nie byłem w stanie zaakceptować.

Spotkam mnóstwo nowych ludzi, robię rzeczy, których od dawna nie robiłem, niby czuje się staro, ale to co się dzieje w tej materii ewidentnie przeczy stanowi mojego umysłu. Ostatnio wracając w poniedziałek o 7 rano do domu, przed rozpoczynającym się tygodniem pracy, patrzyłem na swoje miasto jakby z innej perspektywy. Nigdy nie byłem w tamtej dzielnicy i wszystko wydawało mi się tego poranka bardzo surrealistyczne. Z Kurkową 14 włącznie.

Możliwość komentowania podsumowanie została wyłączona