Dzień 17 – zmęczenie

Czuję się wypluty. Dziesięć razy zmieniałem dziś ten sam slajd, wpatrując się w prezentację, która już dawno straciła dla mnie sens. Po jedenastu godzinach ktoś rzucił: „to nie to, o co mi chodziło – teatralnie zamknąłem klapę laptopa jak trumnę, spuściłem głowę i wróciłem do hotelu.

Hotel to nie hotel – to klatka, chodzę tam i z powrotem, jak zwierzę na wybiegu, jak chomik, który zapomniał, gdzie ma kołowrotek.

Basen nie pomaga, spacery odpadają, bo wciąż jest piekielnie za gorąco. Zostaje mi więc bezsensowne krążenie po pokoju i gapienie się w ściany. Dalej nie rozumiem, czemu ludzie nie potrafią być po prostu życzliwi, zadajesz proste pytanie, a dostajesz prostą ścianę: „to nie moja działka”. Od dwóch tygodni słyszę tylko, kto się czym nie zajmuje, a ja chciałbym poznać kogoś, kto wie, co robi.

Do tego jeszcze absurd z godzinami pracy. Pracuję sześć dni w tygodniu, a powinienem pięć, usłyszałem, że to ja mogę mieć z tym problem. Ja? To chyba firma ma problem, że każe mi tyrać jak dziki osioł, bo ja siedzę od rana do wieczora i naprawdę zapieprzam, a nie udaję.

Zastanawiam się i nie wiem, czy dobrze zrobiłem, zgadzając się na to oddelegowanie, bo czuję się zmęczony, sfrustrowany, wypompowany, nie mam pewności, czy coś z tego w ogóle będę miał, ale w sumie wiem jedno – dawno nie czułem się tak styrany, jak dziś.

Opublikowano praca | Otagowano , | 9 Komentarzy

Dzień 16 – niedziela w biurze widmo

Dziś był ten dzień, kiedy naprawdę zacząłem się zastanawiać – na serio, po co ja tu w ogóle jestem? Po co przyleciałem? Wszystkie spotkania zostały odwołane albo przesunięte, skrzynka mailowa świeciła pustkami, nawet szmatłogłowa klientka nie pojawiła się w biurze. A ja, mimo wszystko, musiałem siedzieć, bo tak wypada, bo klient płaci za moją „dyspozycyjność” od 7:00 do 16:30.

Biuro przypomina bibliotekę – koledzy pracują w absolutnym milczeniu, nikt z nikim nie rozmawia, na lunch każdy idzie w pojedynkę, a największą atrakcją dnia jest wyprawa do kuchni-przedsionka po kawę albo krótka wizyta w toalecie – serio, to są tu punkty programu.

Żeby nie zwariować, zrobiłem zaległe szkolenia, odgrzebałem jakieś stare listy „to do” z folderu spam i przejrzałem je, bo nigdy wcześniej nie były na tyle ważne, żeby się nimi zajmować. Dziś natomiast były idealne, żeby zająć czymś głowę.

Policzyłem, ile jeszcze razy będę musiał tu przyjść. Wyszło dziewięć. Dziewięć dni w biurze, w tej ciszy, w tej pustce o ile oczywiście nie przedłużą mi pobytu o kolejny tydzień czy dwa. Jezu, oby nie… bo inaczej zwariuję od tego bezdźwięcznego nic.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

Dzień 13 – weekendowa odskocznia

Przy takich upałach trudno o jakiekolwiek atrakcje na świeżym powietrzu. Wszystko, co się tu dzieje, przenosi się do klimatyzowanych wnętrz, bo na ulicy po prostu nie da się wytrzymać. Wyszedłem z pracy, wskoczyłem jeszcze na chwilę do basenu, żeby się zrelaksować i o 18:30 ruszyłem na koncert. Niby nic wielkiego, ale dla mnie to już atrakcja, alternatywa dla kolejnego wieczoru w hotelowym pokoju albo bezsensownego leżenia przy basenie. Czuję, że coraz bardziej ciągnie mnie do aktywności, byle nie tkwić w czterech ścianach.

Czasami mam wrażenie, że marzę o kimś, kto po prostu zorganizowałby mi wieczór, podjął za mnie decyzje, ogarnął logistykę, a ja mógłbym tylko pójść i korzystać. Bez planowania, zastanawiania się, czy zrobić pranie teraz, czy jutro, jak rozwiązać tę czy inną drobną sprawę, chciałbym czasem poczuć się po prostu zaopiekowany.

Zamówiłem taksówkę i pojechałem do Qatar National Convention Centre – miejsca, które pod jednym dachem łączy wydarzenia biznesowe, kulturalne i rozrywkowe, gości tu światowej sławy artystów i osobistości, więc wrażenie robi już sam fakt, że stajesz się częścią tego miejsca. Tuż przy wejściu wita odwiedzających monumentalna, dziewięciometrowa rzeźba pająka – „Maman”, autorstwa Louise Bourgeois, która powstała jako hołd dla jej matki tkaczki, a dziś wzbudza zachwyt i konsternację wśród gości.

Publiczność była naprawdę międzynarodowa: wielu Azjatów, Niemców, Hiszpanów, Francuzów, trochę Amerykanów i Brytyjczyków. Arabów stosunkowo niewielu, i w sumie trudno się dziwić, bo ten rodzaj wydarzeń nie wydaje się bliski ich codzienności. Osobiście nie czułem się niezręcznie, bo sporo osób przyszło samotnie, sala była pełna, koncert rozpoczął się punktualnie, a muzyka porwała od pierwszych dźwięków.

To była świetna odskocznia na początek weekendu. W innym miejscu, w innych okolicznościach pewnie nigdy bym się na coś takiego nie zdecydował, a tutaj okazało się to strzałem w dziesiątkę. Zaczynam jednak coraz mocniej odczuwać monotonię, lubię być sam, ale ten stan trwa już trochę za długo, mam ochotę wyjść do ludzi, spotkać się ze znajomymi, pójść na rower a tutaj nie jest to możliwe. Coraz częściej mam wrażenie, że moje dni kręcą się tylko wokół pracy, obowiązków, trudnych klientów i samotności w hotelowym pokoju od wieczora do rana.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 1 komentarz

Dzień 11 – Spacer po mieście i cienie pracy

Wczoraj po pracy zrobiłem szybki wypad na hotelowy basen. Godzina pływania, trochę ruchu, tylko tyle wytrzymałem – zerwał się dziwny, porywisty wiatr, który fruwał wszystkim, co miałem przy sobie: ręcznikiem, koszulą, nawet klapkami. Zwinąłem się więc szybko do pokoju, przebrałem i … pierwszy raz poszedłem na wieczorny spacer.

Pogoda wreszcie mi na to pozwoliła – temperatura w normie, a wilgotność nie aż tak wysoka, wręcz przyjemna – pierwszy raz mogłem po prostu przejść się ulicami West Bay. Przespacerowałem się kawałek po okolicy, zahaczyłem o centrum handlowe, beznamiętnie powłóczyłem się po sklepach. Jednakże najbardziej poruszył mnie widok niemal teatralny: dorosłych mężczyzn, w nieskazitelnie białych tradycyjnych strojach, którzy w iście francuskich kawiarenkach oddawali się rytuałowi picia kawy i herbaty, delektując się przy tym wykwintnymi ciastkami. To zestawienie: biel szat, porcelanowe filiżanki, złocisty blask lamp i dyskretne szepty tworzyło obraz, który w Europie zwykło się przypisywać damom. Tu jednak to panowie celebrują subtelność chwili. Zamiast kufla piwa i rubasznej rozmowy elegancja, lekkość i cisza, której patronuje słodycz wypieków.

Zajrzałem też do supermarketu, tylko popatrzeć, ceny nabiału i europejskich produktów to kosmos, ale to akurat wiedziałem – wszystko, co importowane, kosztuje tu fortunę.

Ten wieczorny spacer dobrze mi zrobił, to był pierwszy moment, kiedy poczułem, że naprawdę mogę nacieszyć się miastem i zobaczyć je inaczej niż z perspektywy klimatyzowanego biura czy taksówki.

A dzień? Tradycyjnie spotkanie z moją „szmatłogłową”. Tym razem nie dałem się wyprowadzić z równowagi, choć jej ton głosu coraz bardziej mnie drażni, kobieta jest bardzo konfrontacyjna, nie odpowiada na pytania, tylko atakuje, wszystko jest starciem. To kompletnie nie mój styl pracy, ja wolę partnerstwo, szukanie rozwiązań. Niestety – tu trzeba grać w inną grę.

Co ciekawe, wczoraj miała do mnie sporo uwag, a jednocześnie pytała, czy mógłbym zostać w Katarze na dłużej. Sygnały są sprzeczne, oficjalnie zostały mi jeszcze dwa tygodnie, potem powrót do domu. To teoretycznie, w praktyce dowiem się jutro, czy przedłużą moją umowę o tydzień czy dwa. Z końcem miesiąca wracam na pewno do Wrocławia a co będzie później to zobaczymy. Nie zamierzam stawać na głowie, rezygnować z urlopu no i moja cierpliwość ma granice. Na razie wszystko traktuję w kategorii przygody i doświadczenia.

Gdzieś podskórnie mam jednak przeczucie, że jutro coś się wydarzy, bo od mojego przyjazdu było zaskakująco spokojnie, żadnych większych „kwasów” awantur czy pożarów. A dziś nagle kilka osób zapytało, czy wszystko u mnie w porządku i zapaliła mi się lampka – że coś się święci. Jeśli nie dziś, to pewnie jutro się dowiem, mam tylko nadzieję, że nie popsuje mi to ani humoru ani weekendu. A jeśli nawet, to zacznę się pakować.

Opublikowano praca | Otagowano , | 1 komentarz

Dzień 9 – poranek w biurze i szalony plan na weekend

Dziś w biurze byłem pierwszy – chwilę po siódmej. Cisza, puste biurka, a ja od razu siadłem do roboty. Wczoraj miałem ambitny plan, żeby część zadań z nowego tygodnia ogarnąć wieczorem, ale wiadomo, lenistwo i basen wygrały, później przyszedł wieczór, komputer cały czas leżał zamknięty, zero chęci, zero wyrzutów sumienia.

Na szczęście to, że w zeszłym tygodniu naprawdę przycisnąłem z nowymi zadaniami, teraz daje mi luz. Mam sporo wolnego czasu, nic mnie nie goni i mogę zająć się ciekawszymi, bardziej ambitnymi tematami. Poza tym jestem od dziś nie jestem już „tym nowym”, bo do zespołu dołączył Francuz, który do pory mieszkał w Singapurze, a teraz tak jak ja przeniósł się do Kataru. Od razu poczułem ulgę, pałeczkę świeżaka przekazałem dalej.

A co do weekendu, to nie mam żadnych planów, a właściwie mam pewien szalony pomysł – idę do opery. Tak, będę ja, opera, pustynia i Katar – i to się dopiero zapowiada ciekawy eksperyment!

Opublikowano praca | Otagowano , , | 6 Komentarzy

Dzień 8 – leniwy weekend

Ten weekend miał być totalnym resetem – nicnierobieniem, odpoczynkiem od gonitwy ostatnich dni, od wszystkiego. I w sumie tak było, może poza faktem, że wczoraj musiałem ogarnąć trochę starych tematów, bo kolega z dawnego zespołu wciąż nie wrócił jeszcze z urlopu. Kilka godzin spędziłem więc na szkoleniu nowego pracownika, tłumacząc zakręty i zawiłości jednego z naszych projektów. A zanim się obejrzałem, zrobiło się późne popołudnie.

Dziś zatrzymałem się na chwilę, spojrzałem na kalendarz, ten jeszcze z początku miesiąca. Przypomniało mi się, jak planowałem wykorzystać końcówkę sezonu rowerowego, jak chciałem przygotować się na imprezę na statku z Papa Baru i kiedy wcisnę w grafik wizytę u znajomych w Warszawie.

A teraz? Zupełnie inne miejsce, inna codzienność, nie planowałem, że tu będę, a jednak jestem. Widok zza okna dobitnie przypomina mi, że to nie jest sen – to moja obecna rzeczywistość. Trochę zaskakująca, trochę nieprawdopodobna, ale właśnie taka.

Jest coś, co absolutnie uwielbiam w hotelach – śniadania. Zwłaszcza w weekendy, kiedy nie goni mnie żadna godzina, nie ma pośpiechu, a ja mogę spokojnie celebrować ten pierwszy posiłek dnia. W hotelu, w którym się zatrzymałem, wybór jest naprawdę imponujący. Klasyka śniadaniowych bufetów: jajecznica, kiełbaski, naleśniki, racuchy, a nawet jajka po benedyktyńsku i tosty z awokado, do tego świeże sery, wędliny, humusy, warzywa i lokalne smakołyki. Jeśli ktoś woli coś lżejszego to są płatki, owoce, jogurty, chrupiące pieczywo i cała gama dżemów i oczywiście świeżo wyciskane soki, które smakują wybornie.

Najbardziej lubię ten moment, kiedy mogę samemu komponować swój talerz, próbować po trochu wszystkiego, mieszać smaki i siedzieć bez presji czasu. To taki luksus, którego nie da się przeliczyć na pieniądze – powolne, spokojne śniadanie, które wprowadza w weekendowy nastrój.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 4 Komentarze

Dzień 6 – nareszcie weekend

Ten dzień ciągnął się niemiłosiernie. Poranne spotkania poszły szybko i sprawnie i nagle pustka w kalendarzu. Zostało mi udawanie pracy w pokoju z innymi kolegami, telefonowanie po znajomych, rodzinie i bezcelowe scrollowanie internetu, byle tylko zabić czas. Zegar jak na złość tykał tak wolno, że miałem wrażenie, że zatrzymał się na dobre, czekałem tylko, aż wybije 16:00 i będę mógł uciec do hotelu.

Obiecałem sobie, że ten wieczór będzie tylko dla mnie – pierwszy wolny od dawna. Najpierw basen – woda przy 35 stopniach bardziej przypominała zupę niż chłodzącą atrakcję, ale i tak była to przyjemność po tygodniu pracy.

Po szybkim prysznicu i kolacji w pokoju wsiadłem w taksówkę. Cel – Muzeum Sztuki Islamskiej, byłem tam kiedyś dawno temu, ale chciałem zobaczyć to miejsce jeszcze raz.

Majestatyczny budynek robi ogromne wrażenie. Jasne, geometryczne bryły kontrastujące z błękitem zatoki, odważna architektura inspirowana muzułmańską tradycją. Najbardziej charakterystyczny jest prostopadłościan na szczycie z wyciętymi półksiężycami, które przypominają oczy arabskiej kobiety spod burki. A w środku – chłód klimatyzacji, monumentalne zakręcone schody i ogromne przeszklone ściany z widokiem na skyline Dohy. Każda sala to gra światła i cienia, a eksponaty wyłaniają się z półmroku, robiąc jeszcze większe wrażenie. Po zmroku muzeum wygląda niczym latarnia – pięknie podświetlone, otoczone parkiem, gdzie Katarczycy i turyści spacerują, organizują pikniki i stoją w kolejkach do foodtrucków.

Postanowiłem nie brać taksówki i podejść pieszo na pobliski Souq Waqif. No i po trzech minutach na światłach wyglądałem jakbym właśnie wyszedł spod prysznica… Takiego upału nie da się opisać, to trzeba przeżyć, ale i tak warto było, bo sam targ to inny świat: wąskie uliczki, zapachy kuchni, głośne kawiarenki i setki sklepików i kramów. Wrażenie zrobił na mnie mały targ ze zwierzętami – dziesiątki klatek pełnych ptaków, a wśród nich ogromne, kolorowe papugi. Souq Waqif tętni życiem nawet wieczorem, rodziny z dziećmi, turyści, lokalni mężczyźni w długich białych thawbach i ludzie z całego świata w lnianych spodniach, szortach i koszulach. Mieszanka kultur i charakterów, której nie da się pomylić z żadnym innym miejscem.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 2 Komentarze

Dzień 5 – zjazd

Dziś złapał mnie totalny zjazd energetyczny, normalnie, jakby ktoś odłączył mi kabel od kontaktu. Wstałem wcześnie, bo od rana czekała mnie seria spotkań, ale już przy otwieraniu oczu dopadł mnie ból istnienia i rozczarowanie życia: myślałem, że to ostatni dzień przed weekendem a tu dopiero środa – jeszcze dziś, jutro i dopiero wolne.

Czas ostatnio płynie mi dziwnie. Wszystko zlewa się w jedną wielką pracę, ciągle coś robię, ciągle gdzieś biegnę, a kiedy niby odpoczywam to sam nie wiem. Mam wrażenie, że od tygodni funkcjonuję w trybie „permanentnego niedoczasu”.

W pracy dzień wlókł się jak stary tramwaj pod górę. Ziewałem tak często, że bałem się, że ktoś zacznie mnie pytać, czy ciepię na niedobór tlenu. Próbowałem to ukrywać, ale ile można? Kawy też nie pomagały, piłem jedną za drugą i miałem wrażenie, że są bezkofeinowe. Siedząc przy biurku odliczałem więc minuty jak więzień do końca odsiadki, patrząc co chwilę na zegarek. Marzenie dnia: godzina szesnasta – klik, zamknąć komputer, wyłączyć służbowe myśli i teleportować się do hotelu.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Dzień 4 – bliskie spotkanie

Nie wiem, czy to ze stresu, czy po prostu z mojego wrodzonego roztrzepania, ale dziś rano zaliczyłem klasykę gatunku. Dojechałem do biura, przyniosłem sobie kawy, rozsiadłem się wygodnie… i nagle olśnienie: nie mam telefonu. Został w hotelu na biurku, a bez telefonu człowiek jak bez ręki, nawet do komputera się nie zaloguje, więc czym prędzej zawrotka, taksówka, powrót, sprint po zgubę i znów do biura. Całość zamknąłem w jakieś 20 minut – rekord życiowy, bo gdyby trwało to dłużej, to na pierwsze zaplanowane spotkanie wchodziłbym dziś jak spóźniony uczeń. No cóż, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Rano jeszcze kończyłem stare sprawy, gadałem z moim nowym kolegą „panem z ósmego piętra”, gdy nagle zjawia się ona moja szmatogłowa szefowa. I to nie byle jaka – prawdziwa królowa dramatu, w dodatku z wieczorną informacją, którą ja już dawno miałem ogarniętą. Pierwsze koty za płoty: udało mi się ją trochę uspokoić, przekonać, że mam to pod kontrolą i że działam tam, gdzie trzeba.

Ale kulminacja przyszła o jedenastej, nasze spotkanie zaplanowane sam na sam. Klasyk: raport ze statusu, projektu, co już zrobione, gdzie jesteśmy, co dalej – pełen repertuar. No i właśnie wtedy wyszło na jaw, że moja szefowa-klientka ma naprawdę specyficzne podejście do pracy: wymagania z kosmosu, ciągłe poprawki, łapanie za każde słówko, a na koniec jak w szkole: „proszę robić notatki, bo nie będę powtarzać”. Serio, więc siedzę, notuję, kiwam sporadycznie głową, uśmiecham się patrząc jej w oczy, a w myślach jedno: „o rety, babo jaka Ty jesteś kompletnie szurnięta”.

Po lunchu dostałem ciekawy „feedback” od kolegi z Rosji. Okazało się, że moja ulubiona szmatłoglowa szefowa wpadła do niego rozjuszona naskarżyć, że niby zadawałem pytania, na które odpowiedzi powinienem znać, że pytałem o ustalenia z lipca – a przecież lipiec był wieki temu i oczywista oczywistość powinienem mieć to wyryte w kamieniu. No i generalnie chodziło jej o to, że nie posiadam daru telepatii i nie czytam w jej myślach – prawdziwy dramat w tym Katarze.

A potem pogadałem jeszcze sam z moim kumplem, przesympatycznym Hiszpanem. Facet opowiada, że mieszka tu od czterech miesięcy, pracuje z tą samą szefową a został zatrudniony praktycznie po to, żeby przewidywać jej myśli zanim one w ogóle pojawią się w jej głowie. No więc ja nie wiem, czy to bardziej misja specjalna, czy kara od losu, brzmi jak praca dla jasnowidza z cyrku, ciekawe tylko, ile mu za tę wróżbiarską robotę płacą.

Opublikowano praca | Otagowano , | 2 Komentarze

Dzień 3 – sen, szkolenia i kryzys

Dziś w nocy przyśnił mi się dziwny sen. Ktoś powiedział mi, że zostaję w Katarze na kilka lat. Obudziłem się z poczuciem ciężaru, bo nie była przyjemna wizja. Co ciekawe, we śnie wcale się nie sprzeciwiłem rozmówcy, tylko nerwowo kombinowałem w myślach, jak się z takiego pomysłu wypisać.

Dzień zaczął się od problemów technicznych. MS Forms, które stworzyłem wcześniej, nagle przestało działać – wyskakiwał mi błąd dostępu, a musiałem koniecznie poprawić ankietę przed wysłaniem jej do klienta. Koledzy siedzący obok nie kwapili się, żeby pomóc – wszyscy zgodnie odsyłali mnie do pana z IT na 8p.. Zanim jednak się tam wybrałem na wszelki szybko założyłem ticket tylko po to aby w systemie został ślad, że zgłosiłem problem i nie udawałem, że nic się nie stało. Niektórzy wiedzą, że w tej pracy czasem chodzi po prostu o to, żeby kryć własne cztery litery.

Na dokładkę spadła na mnie jeszcze lawina obowiązkowych szkoleń e-learningowych. Wyglądały jak wyjęte z Baśni tysiąca i jednej nocy – co drugi slajd przedstawiał dżina, Sindbada albo Szeherezadę w tiulach. Trochę urocze, trochę kiczowate, a miejscami wręcz niepokojące.

Lunch zjadłem dziś sam. Nikt nie zaprosił mnie do kantyny, przestałem już liczyć, że ktoś się tym przejmie. Drobny promyk dnia pojawił się gdy wpadła do nas partnerka z katarskiego biura. Przywitała mnie z ogromną serdecznością – uściski, buziaki, a potem chwila rozmowy, dzięki temu trochę więcej dowiedzieliśmy się o sobie i zrobiło się zwyczajnie miło.

Jutro czeka mnie pierwsze trudne spotkanie z klientem – będę musiał zaprezentować raport o stanie projektu – to właśnie ten moment, którego od kilku dni najbardziej się obawiałem. Mam wrażenie, że ciągle nie jestem przygotowany w 100% – codziennie coś mnie zaskakuje. Dziś choćby problem z banalną ankietą, a jutro pewnie ta drobnostka urośnie do rangi wielkiego zarzutu, dostanę po głowie od wszystkich i boję się, że wyjdę na tępego uczniaka.

Zaczynam dostrzegać jedno, że będąc na bardzo długim wyjeździe, jestem praktycznie cały czas w pracy. Po powrocie do hotelu mam dwie opcje: siłownia albo basen. Ale przy tej temperaturze nawet basen nie daje ulgi, woda jest tak ciepła, że zamiast orzeźwiać, tylko rozgrzewa.

Opublikowano praca | Otagowano , , | 5 Komentarzy