Wczoraj po pracy zrobiłem szybki wypad na hotelowy basen. Godzina pływania, trochę ruchu, tylko tyle wytrzymałem – zerwał się dziwny, porywisty wiatr, który fruwał wszystkim, co miałem przy sobie: ręcznikiem, koszulą, nawet klapkami. Zwinąłem się więc szybko do pokoju, przebrałem i … pierwszy raz poszedłem na wieczorny spacer.
Pogoda wreszcie mi na to pozwoliła – temperatura w normie, a wilgotność nie aż tak wysoka, wręcz przyjemna – pierwszy raz mogłem po prostu przejść się ulicami West Bay. Przespacerowałem się kawałek po okolicy, zahaczyłem o centrum handlowe, beznamiętnie powłóczyłem się po sklepach. Jednakże najbardziej poruszył mnie widok niemal teatralny: dorosłych mężczyzn, w nieskazitelnie białych tradycyjnych strojach, którzy w iście francuskich kawiarenkach oddawali się rytuałowi picia kawy i herbaty, delektując się przy tym wykwintnymi ciastkami. To zestawienie: biel szat, porcelanowe filiżanki, złocisty blask lamp i dyskretne szepty tworzyło obraz, który w Europie zwykło się przypisywać damom. Tu jednak to panowie celebrują subtelność chwili. Zamiast kufla piwa i rubasznej rozmowy elegancja, lekkość i cisza, której patronuje słodycz wypieków.
Zajrzałem też do supermarketu, tylko popatrzeć, ceny nabiału i europejskich produktów to kosmos, ale to akurat wiedziałem – wszystko, co importowane, kosztuje tu fortunę.
Ten wieczorny spacer dobrze mi zrobił, to był pierwszy moment, kiedy poczułem, że naprawdę mogę nacieszyć się miastem i zobaczyć je inaczej niż z perspektywy klimatyzowanego biura czy taksówki.
A dzień? Tradycyjnie spotkanie z moją „szmatłogłową”. Tym razem nie dałem się wyprowadzić z równowagi, choć jej ton głosu coraz bardziej mnie drażni, kobieta jest bardzo konfrontacyjna, nie odpowiada na pytania, tylko atakuje, wszystko jest starciem. To kompletnie nie mój styl pracy, ja wolę partnerstwo, szukanie rozwiązań. Niestety – tu trzeba grać w inną grę.
Co ciekawe, wczoraj miała do mnie sporo uwag, a jednocześnie pytała, czy mógłbym zostać w Katarze na dłużej. Sygnały są sprzeczne, oficjalnie zostały mi jeszcze dwa tygodnie, potem powrót do domu. To teoretycznie, w praktyce dowiem się jutro, czy przedłużą moją umowę o tydzień czy dwa. Z końcem miesiąca wracam na pewno do Wrocławia a co będzie później to zobaczymy. Nie zamierzam stawać na głowie, rezygnować z urlopu no i moja cierpliwość ma granice. Na razie wszystko traktuję w kategorii przygody i doświadczenia.
Gdzieś podskórnie mam jednak przeczucie, że jutro coś się wydarzy, bo od mojego przyjazdu było zaskakująco spokojnie, żadnych większych „kwasów” awantur czy pożarów. A dziś nagle kilka osób zapytało, czy wszystko u mnie w porządku i zapaliła mi się lampka – że coś się święci. Jeśli nie dziś, to pewnie jutro się dowiem, mam tylko nadzieję, że nie popsuje mi to ani humoru ani weekendu. A jeśli nawet, to zacznę się pakować.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.