Pękła bańka mydlana, lśniąca mirażem obietnic. Z jej pęknięciem coś się we mnie uspokoiło, przestałem planować, dostosowywać się, kalkulować, jak wszystko pogodzić – plany prywatne z zawodowym, codzienność z marzeniami. Na chwilę zapanowała cisza, nie taka z braku dźwięków, ale ta, która pozwala po prostu być i oddychać bez pośpiechu.
Mam do siebie trochę żalu – za tamten moment zawahania, za te niewysłane papiery na rolę, która tak bardzo mi się podobała. Z drugiej strony, pracę dostała moja ulubiona koleżanka, a wiem, że naprawdę potrzebowała zmiany – i to mnie jakoś uspokaja.
Ostatnio znowu śnią mi się dziwne rzeczy. Nie koszmary, raczej „sploty niepokoju” – takie, po których budzę się z uczuciem że coś przegapiłem, że czegoś nie dopilnowałem. W nich ciągle jestem w szkole, myślę, że zaraz zacznie się lekcja, że trzeba coś nadrobić, że może być niezapowiedziana kartkówka, że nie mam uzupełnionych notatek albo że zbliża się termin sprawdzianu i wystawiania ocen. Głowię się, z czego jeszcze nie mam oceny, czy mam zeszyt, czy pożyczyłem go komuś. Nerwowo próbuję coś nadrobić, odzyskać kontrolę nad czymś, co dawno już minęło.
I dopiero po chwili dociera do mnie, że szkoła została daleko za mną. Ten moment olśnienia – pół sen, pół jawa – jest bardzo kojący, jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar dawnych oczekiwań. Może to jakieś echo przeszłości, tamtych lat, kiedy wszystko wydawało się tak ważne, a teraz mogę już oddychać spokojniej.
Wróciłem do Polski, wróciłem do domu. Zorganizowałem się po powrocie jak należy tzn. pranie, porządki, awiza, rachunki – pełen pakiet. Udało mi się nawet wyjść na prostą z wszystkimi zaległościami, więc mogę śmiało powiedzieć, że życie po podróży wróciło na tory.
Spotkałem się z rodzicami, zaprosiłem ich na obiad na mieście, żeby nie było, że tylko oni mnie karmią, a przy okazji wpadłem też sam do fajnej restauracji, bo naszła mnie niepohamowana ochota na ostrygi. I tak sobie pomyślałem, że jestem gotowy na nowe wyzwania, zobowiązania, wyjazdy. Nic mnie na miejscu nie trzyma.
Odwiedziłem biuro i to kilka razy, żeby sprawdzić, czy wszyscy żyją i czy pojawiły się jakieś nowe twarze. Wpadły też lunche ze znajomymi – jeden, drugi, trzeci – więc szybko byłem na bieżąco z tym, co słychać. Zrobiłem też zaległe rzeczy, ukończyłem szkolenia i… w zasadzie byłem gotowy ruszyć dalej.
Napisałem więc do mojej pani z Kataru, czy mam się szykować na nowy wyjazd. Odpowiedź: „Jeszcze nie, umowa niepodpisana, proszę o cierpliwość.” No i tak mija tydzień, drugi, trzeci – a ja dalej nie wiem, na czym stoję.
Poszedłem więc do przełożonej, usłyszałem, że wszystko jest „na najlepszej drodze”, żebym się nie martwił i po prostu poczekał. Dziś nawet odebrałem telefon z potwierdzeniem, że „są świadomi sytuacji i lada dzień będzie decyzja”.
Lada dzień… tylko że ten „lada dzień” trwa już trochę za długo. Więc siedzę w zawieszeniu, spakowany w głowie, ale wciąż w Polsce. Dziwne uczucie.
Na wschód od Kuwejtu, zaledwie 15 kilometrów od brzegu, leży Failaka – niewielka wyspa, którą dziś zamieszkuje może z 200 osób. Można się tam dostać promem w nieco ponad pół godziny. Na pierwszy rzut oka wygląda spokojnie, niemal sennie, ale pod powierzchnią tej ciszy kryje się historia pełna dramatyzmu i kontrastów. Prywatnie trudno jest się tam dostać ze względu na nieregularne połączenia, w związku z tym że stanowiliśmy zorganizowaną grupę naszemu przewodnikowi udało się wynająć łódkę która nas tam zawiozła.
Pbecnie Failaka jest miejscem działalności wielu misji archeologicznych, które odkrywają kolejne ślady starożytnych kultur. Znaleziono tu pieczęcie, monety, fundamenty fortec i świątyń – ślady niezwykłej historii, w której spotykały się kultury Wschodu i Zachodu.
Nazwa „Failaka” oznacza „posterunek” lub „placówkę”. To dobre określenie, bo wyspa od wieków pełniła strategiczną funkcję – była punktem handlowym, miejscem wymiany kulturowej, ale i militarnym bastionem.
Historia wyspy przybrała dramatyczny obrót w 1990 roku, gdy podczas inwazji Iraku na Kuwejt wyspa została zajęta przez irackie wojska. Stoczono tu bitwę między kuwejckimi żołnierzami a Irakijczykami – przegraną przez tych pierwszych. W czasie okupacji Irakijczycy założyli na wyspie bazę wojskową, a ludność cywilna została wysiedlona. Po wyzwoleniu Kuwejtu w 1991 roku wyspa była zaminowana i zniszczona, a jej mieszkańcy długo nie mogli na nią wrócić.
Do dziś można tu zobaczyć pozostawione wraki czołgów, ciężarówek i sprzętu wojskowego – milczące świadectwo tamtych wydarzeń. To niezwykłe, trochę złowrogie muzeum pod gołym niebem, które jednocześnie fascynuje i przygnębia.
Po wojnie wyspę rozminowano i częściowo otwarto dla turystów. Dziś, mimo że nadal w pewnym stopniu wykorzystywana jest przez wojsko, Failaka zaczyna wracać do życia. Powstał tu niewielki kurort azyl z plażami, palmami i niewielkimi hotelami gdzie Kuwejtczycy przyjeżdżają na weekendowy odpoczynek. Rząd planuje rewitalizację wyspy w taki sposób, by połączyć nostalgię z nowoczesnością – zachować jej urok i pamięć o przeszłości, a jednocześnie stworzyć przestrzeń dla turystyki ekologicznej i edukacyjnej. Failaka ma wszystko, by stać się mostem między przeszłością a przyszłością: piaszczyste plaże, krystalicznie czystą wodę, dziką przyrodę i archeologiczne skarby. Stojąc tam, wśród ruin i wraków, trudno nie poczuć, że to miejsce symbolizuje cały Kuwejt – kraj, który z pustyni i wojennej traumy buduje nowe, spokojne życie.
Nie będę ściemniał – Kuwejt kojarzył mi się dotąd co najwyżej z operacją „Pustynna Burza” i ogromnymi złożami ropy naftowej. Planując podróż do Arabii Saudyjskiej, wiedziałem jednak, że muszę choć na chwilę zahaczyć o to maleńkie państwo, z czystej ludzkiej ciekawości.
W Kuwejcie do naszej grupy dołączyły dwie nowe osoby. Ponieważ reszta znała się już dobrze, zaproponowaliśmy im wspólną kolację i wieczorny spacer. Kuwejt odebrałem jako miejsce bezpieczne, czyste i nowoczesne – zachwyca architekturą, ale wymaga też przestrzegania lokalnych zasad. Nasza pilotka przypomniała nam, żeby mimo upału nie wychodzić w krótkich spodenkach. Nie dlatego, że są zakazane, ale, jak powiedziała, „będziecie jedynymi tak ubranymi na ulicy”.
Co ciekawe, w pobliskim parku Al Shaheed okazało się, że to raczej my byliśmy w mniejszości. Wszyscy lokalni mężczyźni chodzili w spodenkach. Tłumaczyłem to sobie tym, że przyszli tu biegać a w tradycyjnych kefijach czy długich szatach byłoby im przecież niewygodnie.
Jak w wielu innych krajach regionu, często brakowało nam chodników. Tutaj się po prostu nie spaceruje, dotarcie gdziekolwiek pieszo jest wyzwaniem, a na krótkich dystansach szkoda było czekać na Ubera. Przechodzenie przez trzypasmową ulicę to prawdziwa sztuka przetrwania, o czym przekonywaliśmy się kilka razy dziennie.
Sam park Al Shaheed zrobił na mnie przyjemne wrażenie: zadbany, pełen zieleni i kontrastów, z jednej strony pustynny klimat, z drugiej spektakularne fontanny i restauracje serwujące przepyszne jedzenie. Co chwila mijaliśmy grupki mężczyzn zasiadających w dwanije, czyli wieczornych męskich zgromadzeniach towarzyskich.
Kuwejt nie posiada naturalnych źródeł wody pitnej, całość pozyskuje z odsalania wody morskiej, co pochłania ogromne ilości energii. Trudno mi sobie wyobrazić, jak kosztowne musi być utrzymanie tych wszystkich parków i zielonych trawników przy temperaturach sięgających latem niemal 50°C.
Miejscem, które szczególnie zapadło mi w pamięć, było Muzeum Męczenników, z zewnątrz wyglądający jak wojenny urbex – zniszczone fragmenty budynku, ściany podziurawione kulami. Wszystko pozostawiono celowo, by przypominało o krwawej, dziesięciogodzinnej obławie sił irackich na kuwejcką partyzantkę. Naprzeciwko muzeum stał iracki czołg użyty w bitwie niemal symboliczny świadek tamtych wydarzeń.
Kuwejt to jedno z najbogatszych państw świata pod względem zasobów ropy, jej złoża leżą tak płytko, że koszty wydobycia są najniższe na świecie. Nic dziwnego, że kraj jest od niej całkowicie uzależniony. W KOC Center mogliśmy poznać technologie wydobycia i zobaczyć wystawę poświęconą katastrofie z 1991 roku, gdy wycofujący się Irakijczycy podpalali szyby naftowe. To, co czytałem kiedyś w raportach podczas projektu w Katarze, tutaj mogłem zobaczyć na własne oczy i poczuć skalę zniszczeń.
Ogromne wrażenie zrobił też na mnie targ rybny, mieszczący się w pięknym budynku w kolorze pustyni, tuż przy porcie. Stąd rozciągał się wspaniały widok na zatokę pełną jachtów i wieżowców. Pomimo intensywnego zapachu i śliskich chodników pokrytych resztkami ryb, warto było się tam wybrać po to tylko by zobaczyć dziesiątki egzotycznych gatunków o niezwykłych kształtach i kolorach.
Nie sposób pominąć Souk Mubarakiya – ogromnego bazaru, którego historia sięga ponad 200 lat, czyli czasów sprzed odkrycia ropy. Zniszczony w czasie wojny został odbudowany i dziś uchodzi za najbardziej autentyczne i klimatyczne miejsce w całym Kuwejcie.
Nasz samolot do Kuwejtu mieliśmy dopiero po południu, więc zdążyłem się wyspać, spokojnie zjeść śniadanie, pożegnać z tymi, którzy wracali do domu, spakować i dotrzeć na lotnisko. Lotnisko w Dżuddzie jest nowoczesne i bardzo przyjemne, a wszystkie procedury poszły nam wyjątkowo sprawnie. Sam lot też nie był uciążliwy – do Kuwejtu leci się zaledwie dwie godziny, a 3/4 miejsc w samolocie było wolnych.
Ucieszyłem się, gdy okazało się, że dostałem siedzenie z dodatkowym miejscem na nogi. Komfort jednak nie trwał długo – obok mnie przysiadł się obleśny saudyjski dziadek, który przez całą podróż dłubał w nosie (prawdopodobnie w poszukiwaniu ropy naftowej), a następnie z uporem godnym geologa formował znaleziska w kulki i pstrykał nimi w podłogę. Jego żona, w stroju przypominającym ninja, siedziała niewzruszona i czytała Koran. Zresztą nie tylko ona – wielu pasażerów, głównie mężczyzn, recytowało wersety, podczas gdy ja, nieco z innego świata, przeglądałem telefon.
Na szczęście lot trwał tylko dwie godziny, więc nic nie zdążyło mnie bardziej obrzydzić.
Kuwejt to niewielki kraj, z równie niewielką liczbą mieszkańców, za to z ogromną rzeszą przyjezdnych expatów. Mówi się, że Kuwejt jest nudny – z każdej strony otacza go pustynia, a przez lata był brytyjskim protektoratem. Coś w tym jest, ale z drugiej strony kraj ma też swoje zalety, które łatwo dostrzec, gdy tylko zejdzie się z utartych ścieżek.
Hotel w Medynie zapamiętam na długo – głównie dlatego, że nie działało w nim absolutnie nic, co powinno działać. Klimatyzacja uparcie trzymała 20 kilka stopni, ale dmuchała gorącym powietrzem z taką mocą, że miałem wrażenie, jakbym spał w twarzą do grzejnika. Pokój sam w sobie był przestronny, ale każdy jego element zdawał się być testem cierpliwości. Z prysznica nieustannie przelewała się woda, zalewając łazienkę i połowę pokoju. Do tego drzwi umocowano tak niefortunnie blisko umywalki, że przy każdym myciu zębów samozamykacz walił mnie to w łokieć, to w głowę. Po kilku takich bolesnych akcjach przeklinałem tę fuszerkę z całym przekonaniem człowieka, który wie, że nie zasłużył na takie cierpienie.
Za to sama Medyna totalnie mnie zaskoczyła, spodziewałem się tradycyjnego miasta pielgrzymów, a trafiłem do nowoczesnej metropolii – pełnej hoteli, świateł, porządku i bezpieczeństwa. Tam, gdzie wznosi się główny meczet, wszystko lśni nowością i luksusem, choć nie wpuszczono nas na jego teren, nie przeszkadzało mi to wcale – obserwowanie tłumów pielgrzymów samo w sobie było fascynującym przeżyciem.
Kolebka Islamu – trzecia wielka religia, ale tutaj w wersji surowej, wymagającej, niemal ascetycznej. Widać to na każdym kroku – w zachowaniu ludzi, w ich strojach, w rytmie dnia podporządkowanym modlitwie.
Meczet Proroka w Medynie to prawdziwe serce miasta – drugi, jaki kiedykolwiek zbudował Mahomet i drugie najświętsze miejsce islamu. Z kolei meczet Quba, nieco skromniejszy, ale wyjątkowy, uznawany jest za pierwszy meczet na świecie, zbudowany dokładnie w dniu przybycia Proroka do Medyny.
Pogoda była iście piekielna – gorąco, sucho, bez cienia wiatru. Psikałem się non stop sprejem przeciwsłonecznym, bo choć pot się nie lał, czułem, jak moja skóra dosłownie się „gotuje”. Pod każdym z meczetów wzbudzaliśmy zainteresowanie tłumów – ludzie podchodzili, uśmiechali się, robili sobie z nami zdjęcia.
W jednej z wizyt musieliśmy się rozdzielić – mężczyźni wchodzili osobnym wejściem, a kobiety niestety nie zostały wpuszczone wcale. Później opowiadały, że panował tam totalny chaos i nic właściwie nie zobaczyły. Szczerze im współczułem – musiały chodzić w tych czarnych hidżabach jak ninje, pod którymi gotowały się z gorąca, ale zdjęcie tego stroju w miejscu publicznym oznaczałoby natychmiastową reprymendę albo przynajmniej serię nieprzyjemnych spojrzeń.
Muzeum Safiyyah zapamiętam głównie przez faceta, który opowiadał o islamie z takim zapałem, jakby zaraz miał unieść się w powietrzu. Zamiast mówić o tradycji, wartościach czy wierze, przedstawiał wszystko jak niepodważalne fakty, jakby sam brał udział w tworzeniu świata.
Po wizycie w muzeum pognaliśmy na stację, bo o 14:00 mieliśmy złapać superszybki pociąg do Dżuddy. Dworzec Medina zrobił na mnie ogromne wrażenie – ultranowoczesny, inspirowany zieloną kopułą Medyny, z połączeniem klasycznej islamskiej architektury i współczesnego designu. Pociąg wyglądał jak statek kosmiczny, pędził 300 km/h, a w środku było cicho, elegancko i zaskakująco komfortowo.
Niestety, sielanka skończyła się po dotarciu na miejsce – kierowcy autokarów nie dojechali. Zostaliśmy więc wysłani do jakiegoś olbrzymiego akwarium, by „zabić czas”, a potem wpakowano nas w taksówki. Na miejscu kierowcy nie chcieli oddać bagaży, tłumacząc coś pokrętnie i robiąc niepotrzebną awanturę, straciliśmy przez to mnóstwo czasu i nerwów.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do starej części Dżuddy, było już po zachodzie słońca. Zwiedzanie Al-Balad – zabytkowego starego miasta, w nocy miało swój urok pt. chłodniejsze powietrze, światła lamp, cienie drewnianych balkonów, ale brakowało mi widoku tej architektury w dziennym słońcu.
Późnym wieczorem nasi przewodnicy zabrali nas na pożegnalną kolację do libańskiej restauracji, która bardziej przypominała fast food. Jedzenie było dziwne, mocno przyprawiony, zalany sosem eksperyment, ale nikt nie narzekał, bo organizatorzy postawili kolację w ramach przeprosin za ten chaotyczny dzień.
Jutro w południe opuszczamy Arabię Saudyjską i lecimy dalej do Kuwejtu. Część grupy leci z nami, część wraca do domów. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że ostatnie trzy dni były najlepsze z całej podróży, bo choć Rijad był potwornie nudny, to reszta kraju gorąca, chaotyczna i pełna kontrastów zostanie w pamięci na długo.
Cały dzień w drodze. Najpierw odwiedziliśmy Dedan, górę Ikma, położoną w pięknym pustynnym krajobrazie, swoistą największą „otwartą biblioteką” w Arabii Saudyjskiej, pełną starych tekstów wykutych w skalach. Miałem mały kryzys: brzydki widok, wszędzie piasek – pomyślałem, po chwili śmiejąc się z samego siebie. Trzeba być naprawdę genialnym, żeby na Półwyspie Arabskim spodziewać się dżungli. Zresztą, ledwie kilka dni temu zachwycałem się tą samą pustynią, nad którą teraz narzekam, może to zmęczenie, a może dziwne rozkojarzenie – w każdym razie trudno mi było wtedy myśleć trzeźwo.
Grupę mam naprawdę fajną. Dwie eleganckie Filipinki z Kalifornii, z którymi często robimy sobie wspólne zdjęcia i wspominamy Afganistan. Carter z Orlando – żołnierzyk z Walt Disney World, który ma takie samo poczucie humoru jak ja, obaj żałujemy, że pośród tych wszystkich pięknych krajobrazów nie możemy napić się lampki wina albo czegoś mocniejszego. Sympatyczny Malezyjczyk z Singapuru i Brytyjczyk z Londynu – trzymamy się razem, jak to w męskim towarzystwie. No i zawsze promiennie uśmiechnięta Niemka z Monachium, którą chętnie zapraszamy do naszego stolika, gdy wychodzimy na lunch czy kolację. Mamy też podstarzałego amanta z Australii, który w każdym odwiedzanym mieście próbuje umówić się na randkę z saudyjską kobietą poznaną w aplikacji randkowej. Wszyscy patrzymy na to z lekkim niedowierzaniem – i chyba jeszcze większą ciekawością, czy mu się w końcu uda.
Pod koniec dnia dojechaliśmy do Medyny a zmęczenie już dawno przestało być problemem.
Pojechaliśmy na kolację do eleganckiej libańskiej restauracji. Znalezienie jej zajęło nam chwilę, bo błądziliśmy po różnych wejściach do budynku, jakby lokal celowo ukryto przed głodnymi turystami. Ale gdy już trafiliśmy na miejsce, było warto. Jedzenie – pierwsza klasa, wzięliśmy zestawy meze dla czterech osób, wszystko aromatyczne, świeże, pachnące ziołami i ciepłym chlebem.
Byłoby idealnie, gdyby nie jeden szczegół: dzieci. To, co słyszałem o Arabii, okazało się w stu procentach prawdą – dzieci są tu święte, kzyczą, biegają, gubią buty, wchodzą pod stoliki, a rodzice tylko się uśmiechają. W Arabii Saudyjskiej dzieci mogą absolutnie wszystko.
Na zewnątrz restauracji, tuż obok stolików, znajdował się pokój – plac zabaw. W teorii – dla rodzin z dziećmi, w praktyce dla każdego, kto chciałby przekonać się, jak brzmi radość w skali decybeli nieosiągalnej dla dorosłego ucha.
Moje spostrzeżenie – Arabia Saudyjska to raj dla dzieci, ale niekoniecznie dla dorosłych, dla wielu przyjezdnych kraj wydaje się po prostu nudny. Brakuje tu klasycznych miejsc rozrywki – barów, klubów, muzyki na żywo, nawet kina i restauracje są raczej rodzinne niż towarzyskie. Dorośli spotykają się przy kolacjach, spacerują po centrach handlowych, ale trudno tu o spontaniczną zabawę czy nocne życie. Czasem odnosi się wrażenie, że cały kraj funkcjonuje w rytmie rodziny, a samotność – choć rzadka – bywa tu szczególnie głośna.
Bardzo wczesnym rankiem, o 7:30, wyruszyliśmy z Hail prosto do Al Ula – jednego z najbardziej niezwykłych miejsc w Arabii Saudyjskiej. Podróż była długa, ponad sześciogodzinna, prowadząca przez środek kraju, przez pustynne pustkowia i skaliste krajobrazy, które z każdą godziną zmieniały kolory od jasnego beżu po głęboki pomarańcz.
Do samego Al Ula dotarliśmy wczesnym popołudniem. Krótki lunch i od razu ruszyliśmy zwiedzać Hegra – starożytne miasto Nabatejczyków. To miejsce zachwyca od pierwszego spojrzenia: 111 fasad grobowców wykutych w złotym piaskowcu, z których każdy opowiada historię sprzed dwóch tysięcy lat. Kunszt dawnych kamieniarzy widać w każdym detalu – od kamiennych pionowo ustawionych wizerunków bogów, po ślady po narzędziach wciąż widoczne na skałach.
Hegra była niegdyś ważnym punktem na szlaku handlowym tych samych ludów, którzy zbudowali Petrę. Ich inżynieria robi wrażenie nawet dziś – system studni, kanałów wodnych, mury obronne i bramy przypominają o czasach, gdy tutejsze piaski widziały karawany ciągnące z kadzidłem i przyprawami.
Po południu odwiedziliśmy Skałę Słonia, pocztówkowy monolit z czerwonego piaskowca, którego „trąba” i „ciało” powstały przez miliony lat erozji, wygląda jak gigantyczne zwierzę uwięzione w bezruchu. A gdy słońce zaczęło chować się za horyzontem, całe miejsce nabrało magii: food trucki, muzyka, ogniska, ludzie siedzący na dywanach pod gwiazdami. Pustynia oddychałaby spokojem, gdyby nie tłumy influencerek, prześcigających się w najdziwniejszych pozach do zdjęć.
Po zmroku dotarliśmy do miejsca naszego zakwaterowania – luksusowego glampingu pośród palm daktylowych. Nocą, gdy wszystko cichło, z zewnątrz dało się słyszeć tylko dźwięk spadających owoców – pojedyncze uderzenia w ziemię, jakby ktoś rzucał drobnymi kamieniami.
Gdy wszyscy pojechali do starego miasta na kolację, zostałem na miejscu. Osobiście nie jestem fanem pól namiotowych – nawet tych najbardziej “glamour”. Wspólne toalety i prysznice skutecznie mnie odstraszają, a stanie w kolejce, żeby się umyć, to dla mnie raczej mało przyjemne żeby nie powiedzieć upokarzające doświadczenie. Skoro jednak już się tutaj znalazłem, nie było wyboru jak tylko zagryźć zęby. Wziąłem prysznic ze skaczącą wokół mnie żabą, zdjąłem soczewki i… uświadomiłem sobie, że bez nich jestem ślepy jak kret. Wracając do namiotu po ciemku, nie pamiętałem ani numeru, ani drogi. W dodatku wszystkie namioty wyglądały identycznie. Wędrowałem więc po omacku po wąskich, drewnianych ścieżkach, aż w końcu – metodą prób i błędów – trafiłem do tego właściwego. Ulga była ogromna, a myśl o tym, że mógłbym spędzić noc pod palmami, brzmiała równie zabawnie, co realnie.
Rano znowu brakowało mi dobrej kawy. Tutejsza kawa arabska z mlekiem i imbirem to napój, do którego nie mogę się przekonać. Na stacjach benzynowych czasem trafiają się kawiarnie, ale ich oferta to zawsze loteria.
To właśnie dla Al Uli zdecydowałem się na ten wyjazd. Choć zwykle podróżuję sam, tym razem wiedziałem, że dotarcie tu na własną rękę byłoby trudne. Dopiero w głębi kraju, wśród pustynnych skał i ciszy, zaczęła się prawdziwa przygoda – ta, której szukałem od samego początku.
Muszę przyznać, że ludzie w grupie – niezależnie od wieku czy kraju pochodzenia – wykazali się niesamowitą dyscypliną, jeśli chodzi o punktualność. Nikt nie marudził, mimo że dzień wcześniej spędziliśmy długie godziny w autobusie. O 6:30 wszyscy stawili się na śniadaniu, a punkt 7:00 byliśmy już w drodze na największy targ wielbłądów w Arabii!
Choć nie była to sobota, kiedy podobno bywa tu prawdziwe piekło, i tak trudno było ogarnąć oczami cały ten chaos: setki wielbłądów chrapiących, ryczących i plujących w swoich zardzewiałych zagrodach, związanymi nogami, a między nimi mężczyźni z całego kraju, którzy w upale i pyle pakowali nowo nabyte zwierzęta na ciężarówki i przyczepy. W tle – dźwięk silników, nawoływań i piasku chrupiącego pod stopami. Pachniało wszystkim naraz: brudem, kurzem, zwierzęciem i handlem.
Podobno większość tych wielbłądów i tak kończy w rzeźniach, bo ich mięso to tutaj przysmak. Inne trafiają do mleczarni, a kilka szczęśliwców do szejków i milionerów, którzy kupują je na wyścigi.
Trochę później odwiedziliśmy targ daktyli i tu z kolei zamiast ryczenia i kurzu – cisza, zapach słodyczy i kolory od głębokiego bursztynu po czekoladowy brąz. Nie miałem pojęcia, że daktyle mogą występować w tylu wersjach, od świeżych po dojrzałe, niektórych rodzajów nigdy przedtem na oczy nie widziałem. Przed południem opuściliśmy Buraidah i wyruszyliśmy w kolejną długą podróż do Hail.
Podróżując po kraju, musimy trzymać się zasad ubioru. Na szczęście dla mężczyzn to nie dramat – długie spodnie, najlepiej coś lekkiego. Kobiety mają trochę trudniej – ramiona i nogi muszą być zakryte, nic obcisłego przezroczystego a w Medynie wymagania są o wiele bardziej rygorystyczne. Odpadają krótkie spodenki, koszulki z wizerunkiem ludzi albo zwierząt, takie ciuchy lepiej zostawić je w hotelu, jeśli człowiek nie chce narazić się na ostre spojrzenia lokalnej społeczności.
Pod koniec dnia dotarliśmy do Jubbah, miejsca, które UNESCO wpisało na listę światowego dziedzictwa za prehistoryczne petroglify – wizerunki ludzi, zwierząt i scen polowań sprzed tysięcy lat. W ciszy, pośród skał, trudno nie poczuć dreszczyku – świadomość, że tysiące lat temu ktoś w tym samym miejscu rył w kamieniu swoje historie, działa lepiej niż jakakolwiek wystawa.
Wieczorem wróciliśmy do Hail. Część grupy poszła odpoczywać a inni – w tym ja – ruszyliśmy na kolację i lokalny souk.
Souk okazał się miejscem, które żyje własnym rytmem – pełnym dźwięków, zapachów i kolorów. W powietrzu unosił się aromat kardamonu i świeżo mielonej kawy, a wielu sprzedawców pomimo onieśmielenia turystami wciągało cię do swojego świata. Wystarczyło wejść w jedną z krętych uliczek, żeby przepaść dosłownie i w przenośni. Ręcznie robione noże, kadzidła, biżuteria, dywany, ubrania i daktyle – bezmiar zakupowy.
Podobało mi się, bo nie trzeba nawet nic kupować. Wystarczy stanąć czy usiąść z herbatą z miętą, czy innym sokiem, patrzeć na ludzi i pozwolić, żeby ten świat działał wokół ciebie.
W Hail czuć zupełnie inny klimat – suchy, gorący, jakby powietrze samo chciało cię przypiec. Wychodzisz z klimatyzowanego pomieszczenia i masz wrażenie, że w nozdrza wlewa się rozgrzane powietrze prosto z pieca, w ogóle nie ma tutaj nawet wiatru.
O wczesnej porze zwlekłem się z łóżka. W nocy budziłem się co chwilę – raz za zimno, raz za gorąco, ciągle walczyłem z klimatyzacją. W dodatku w pokoju mam strasznie ciemno, niby mieszkam na 3 piętrze budynku a jedyne okienko, wysoko pod sufitem, wpuszcza tyle światła, co nic. Trochę tak jakbym mieszkał w klimatyzowanym bunkrze.
Dzień w Rijadzie zaczęliśmy bardzo wcześnie, jeszcze zanim miasto na dobre się rozgrzało. Naszym pierwszym przystankiem była twierdza Al Masmak, miejsce o monumentalnym znaczeniu, bo to właśnie tutaj w 1902 roku król Abdulaziz rozpoczął swoją drogę do stworzenia współczesnej Arabii Saudyjskiej.
W środku – historia pełną gębą: miecze, mapy, broń, biżuteria i cała masa artefaktów. Wystawy audiowizualne wychwalają króla tak, że momentami czułem się jak w arabskiej wersji kroniki propagandowej: mądrość, waleczność, dobroć, geniusz, heroizm – krótko mówiąc, człowiek-ideał, pół prorok, pół superbohater.
Zaraz potem trafiliśmy na plac Chop Chop, czyli słynny Deera Square – dawną scenę publicznych egzekucji. Nazwa pochodzi od dźwięku, który, cóż… nie wymaga tłumaczenia. Dziś egzekucje odbywają się już „bardziej kameralnie”, a ostatnia na placu miała miejsce ponad dekadę temu. Turystycznie – ciekawe a symbolicznie – dość niepokojące i kojarzy mi się z egzekucjami ISIS.
Na szczęście dalej czekał nas suk Al Zal, pełen kolorów, zapachów, przypraw i tkanin. Kolega Amerykanin tak się wczuł w klimat, że kupił sobie tradycyjny saudyjski strój i od tego momentu paradował jak lokalna gwiazda – tylko bez wielbłąda czy luksusowego auta do kompletu.
Potem obowiązkowa klasyka pt. Muzeum Narodowe Arabii Saudyjskiej. Trzy wielkie wystawy: od prehistorii, przez początki islamu, aż po czasy współczesne, niby ciekawe, ale jeśli ktoś liczy na dreszczyk emocji, to raczej kawa w muzealnej kawiarni dostarcza go więcej, bo aromatyczna i mocna.
W drodze do Ushaiger zrobiliśmy postój na lunch. Trafiła mi się kuchnia libańska i od razu wiedziałem, co zamówię. Tabouleh – orzeźwiający, ziołowo-kwaskowy, pełen życia, jego smak to dla mnie zawsze smak wakacji na Bliskim Wschodzie.
Ushaiger okazało się jak podróż w czasie do imbirowego miasteczka – kamienne uliczki, niskie palmy, ruiny dawnych domów, kiedyś tętniło tu życie, teraz raczej wspomnienia. Źródła i niskie gaje oliwne i palmowe zachęciły Beduinów do osiedlenia się tutaj ponad 1500 lat temu, szybko przekształcając Ushaiger w popularny przystanek dla pielgrzymów zmierzających do Mekki. Przewodnik twierdził, że obecnie wciąż przyjeżdżają tu ludzie na weekendy, ale szczerze to nie wiem po co i gdzie się zatrzymują, bo na razie pomieszczenia w budynkach to kompletna ruina, ale może z czasem wszystko tutaj odrestaurują i zagospodarują z pomysłem.
Późnym wieczorem dotarliśmy do Burajdy. Hotel przyjemny, czysty, tylko klimatyzacja znowu działała jak lodówka. Część grupy poszła testować lokalny street food, ja natomiast zostałem w pokoju. Chciałem tylko prysznic, ciszę i łóżko.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.