Amsterdamskie che sara, sara

Razem z Marco jeszcze z zeszłym roku planowaliśmy wspólny wyjazd do Amsterdamu. Wprawieni w przebywaniu ze sobą non stop z niecierpliwością liczyliśmy dni do daty wylotu. Nasi znajomi z Włoch podsunęli nam super ofertę hotelu w centrum miasta, na co Marco poczuł się w obowiązku zaproponowania by wybrali się tam z razem nami.

Czwartkowe lekcje włoskiego uwieńczyły całotygodniowe czekanie na dzień wyjazdu, kiedy późnym wieczorem wróciłem do domu czekali już na mnie Enzo i Domenico.

Plan był prosty, o 5.00 mieliśmy być na lotnisku, więc żeby się niepotrzebnie nie śpieszyć wyjechać planowaliśmy przed 4.00.Znojami wstali trochę po czasie, siłą trzeba było wyciągać ich z lóżka, pacykowali się przez dobre pół godziny, na koniec zabrało się im na pogaduchy i kawkę przed wyjściem. Na moje delikatne ‘nie mamy czasu, spóźnimy się” Marco powtarzał jak mantrę żebym się nie przejmował. Była 4.40 jak wyjeżdżaliśmy z Berna, gdy na zewnątrz niespodziewanie zaczął sypać śnieg, na autostradzie zrobiło się szybko ślisko, wszyscy kierowcy dopasowywali prędkość do panujących warunków, gdzieniegdzie zaczęły tworzyć się korki a Marco jak gdyby nigdy nic pędził 150km/h by nadrobić stracony czas. Na moje ‘zwolnij’ usłyszałem ‘że chyba nie chcemy się spóźnić amore’. Na lotnisku w Bazylei szukając wjazdu na parking, dwa razy minęliśmy właściwą bramkę, ale na samolot zdążyliśmy, choć gdy wbiegaliśmy na nasz terminal na pokład samolotu wpuszczali już pasażerów.

W Amsterdamie najprościej wziąć było taksówkę by jak najszybciej odstawić bagaże i pójść na miasto. Znajomi zdecydowali jednak inaczej – wybrali opcję dłuższą, bo pociągiem, za który w konsekwencji zapłacić musiałem i tak ja. W Amsterdamie było 2 stopnie, padał deszcz a oni bez mapy postanowili poszukać hotelu. Tarabaniłem się za nimi z bagażem przez centrum dzielnie znosząc cała sytuację, podczas gdy oni jak dzieci, co chwile zatrzymywali się przed każdą sklepową wystawą żeby sobie popatrzeć. W hotelu mieliśmy tylko zostawić bagaż i iść do muzeum – to ‘tylko’ zajęło im pełną godzinę.
Na kolację zapragnęli czegoś indonezyjskiego, o 21.00 umówiliśmy się w hotelowym lobby. Spóźnili się 45 minut, a gdy wreszcie wyszliśmy z hotelu i skręciliśmy za pierwszym tylko rogiem towarzystwo zorientowało się, że przydałby się im parasol i wróciliśmy do hotelu i znowu był kwadrans czekania. Zapytałem czy zdają sobie sprawę, że o 22.00 mogą zamykać w restauracjach kuchnie na co oni tak bardzo się tym przejęli, że postanowili jechać taksówka. Znalezienie w notesie właściwego adresu zajęło kwadrans. Starałem się być cierpliwy. Przed wejściem do restauracji spojrzałem na zegarek była dokładnie 22.25. Na jedzenie niestety się nie załapaliśmy, bo ktoś nie pomyślał, że trzeba wcześniej zrobić rezerwację…
Wkurwiony, bo głodny i zmarznięty zaproponowałem kolacje u Hindusów na co koledzy zareagowali z przekąsem. Musieli się zgodzić, bo zrobiło się późno, zaczął padać śnieg i było zimno. W restauracji dzielnie znosiłem komentarze, że wszystkie jest nie takie jak we Włoszech, że obsługa za mało się stara, że jedzenie jest kiepskie…

Gdyby Marco nie zaczął wtórować temu towarzystwu wzajemnej adoracji mój wkurw nie osiągnąłby zenitu. Do hotelu wracałem sam wyglądem bardziej przypominając burzę gradową – nie cierpię Włochów i tego luzackiego podejścia w stylu ‘co będzie to będzie’

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Amsterdamskie che sara, sara

  1. saber pisze:

    dodam ze, dobrze sie jeszcze caluja i jak kochaja to na zaboj..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s