L jak latanie

Lufthansa zgubiła mój bagaż. Nawet nie potrafili go zlokalizować – jest gdzieś między Montrealem Zurychem a Monachium – tyle zdołali powiedzieć mi na lotnisku we Wrocławiu. Wszystko przez pannę na lotnisku w Montrealu, którą sytuacja ewidentnie przerosła bo nie potrafiła poprawnie nadać bagażu. Najpierw połechtała moją próżność gdy upgradowała mnie z biznesu do pierwszej klasy, żebym noc spędził jakby w łóżku w pozycji horyzontalnej, wygodniej w dodatku z osobistym stewardem, który dbał o mnie co bym się nie odkrywał w nocy, tudzież nie zabrakło mi niczego by zapaść w słodki sen, ale teraz już o tym nie pamiętałem.
Do Zurychu skąd przesiadałem się na samolot do Wrocławia dotarłem na czas choć inne samoloty zza oceanu przylatywały z kilkugodzinnym opóźnieniem. Na nic zdały się złote karty, Senatory, Priority Passy, znajomości – w okresie świąt na lotniskach panuje bezprawie.
Dlatego też jakby podwójnie ucieszyłem się na widok czekających na mnie rodziców, gdybym miał nocować w hotelu ostałbym się w święta tylko ze świeżymi ręcznikami i kostką mydła. W domu pożyczyłem ubrania brata, stare dresy i rozciągnięte koszulki polo, w których czułem się trochę nieswojo, ale na wszelki wypadek nic mu o tym głośno nie wspominałem nie narażając się na utratę łaski ze strony wybawiciela.
Ostatni dzień w Montrealu upłynął mi pod znakiem maratonu. W jednym z butików natrafiłem torbę na ramię – idealny prezent niespodzianka dla M. Po mimo śniegu, ogromnych zasp, ślizgawicy, wiatru, siarczystego mrozu postanowiłem zdobyć go za wszelka cenę gnany poczuciem misji do spełnienia, żarliwą miłością i chęcią poświęcenia. Gdy w tłumie jednakowo wyglądających ulic w końcu odnalazłem sklep zaraz zadzwoniłem do M triumfalnie oznajmiając mu jak bardzo się dla niego poświęcam. Pominąłem jednak niewiele znaczący fakt, że niechcąco wpadłem w oko sprzedawcy i gdybym miał jeszcze jeden wieczór to może nawet zorganizowałbym stałą zniżkę w Marlboro, ale nie było mi dane zawarcie bliższej znajomości. Poza tym w Montrealu odwiedziłem Banana Republic i GAP które za czasów wizyt w Stanach wydawały mi się rajem utraconym – dawniej nieosiągalny teraz patrzyłem na nie jakby oczami rozczarowanego dojrzałego już dziecka – zupełnie nic nie mogłem tam dla siebie znaleźć, wszystko wydawało mi się przaśne, szerokie, zbyt sportowe i bezgustowne.

Nieznane's awatar

About saberblog

Sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, chyba rzeczywiście urodziłem się w czepku, mam poukładane priorytety i co chyba najważniejsze, podążam za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo dzięki niemu mogę przyglądać się sobie, swoim emocjom, a przy okazji także całej reszcie świata. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym i to naprawdę przyjemne uczucie - zrobić w życiu coś dla siebie, czasem nawet wbrew temu, co mówią inni, wbrew temu, co wypada, co należy, co trzeba. Czasami mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracę, chwilę temu wyemigrował z Polski, rzucił wszystko i ruszył w podróż dookoła świata, akbym dopiero co odwiedził kolejny, sto któryś kraj. A innym razem łapię się za głowę i myślę: ile to już lat minęło? Ile rzeczy wydarzyło się po drodze? Czas jest fascynującą materią - bezkresną, nieuchwytną, a jednak zostawiającą po sobie ślady, lubię obserwować własne emocje, ale też emocje innych ludzi. Może właśnie dlatego ten elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę regularnie. To zresztą jedna z niewielu rzeczy, które robię w życiu naprawdę systematycznie, bo z obowiązkowością zazwyczaj jestem trochę na bakier. Zdarza mi się wracać do wpisów sprzed roku czy kilku lat i wtedy często odkrywam coś ciekawego: patrząc na tamten czas z perspektywy zaledwie dwunastu miesięcy, nagle widzę, jak bardzo był wypełniony, ile się wydarzyło, ilu ludzi pojawiło się na mojej drodze, ile emocji zostało gdzieś zapisanych między kolejnymi akapitami. Myślę, że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi w życiu takiego mojego własnego „pionu”. Czegoś, co pozwala mi na chwilę się zatrzymać, spojrzeć wstecz i złapać właściwą perspektywę. A tak zawsze mogę wrócić do przeszłości i z pewnego dystansu zobaczyć, czy udało mi się zrealizować to, co sobie zamierzyłem, mogę sprawdzić, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem dobrze, a przede wszystkim - przypomnieć sobie te wszystkie dobre, czasem zupełnie niepozorne chwile, których byłem uczestnikiem. I chyba właśnie za to najbardziej lubię pisać, aby nie pozwolić, by życie, które tak szybko płynie, zbyt łatwo mi umknęło.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Brak kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 Response to L jak latanie

  1. Nieznane's awatar xell pisze:

    z GAP-em miałem podobnie na wyprzedażach w Londynie

    każdy ich sklep wyglądał jak lumpex w PL

Dodaj komentarz