Nadopiekuńczość że strony matki staje się nie do wytrzymania, jej wszechobecność dosięga mnie nie tylko podczas wizyt w rodzinnym domu, ale też 1000km poza nim. Zwykle towarzyszą mi wtedy niemoc i rozdrażnienie, nie potrafię się pogodzić że krzyki i uperdliwość to w czasie świąt sytuacje nieuniknione.
I tak w ciągu kwadransa 5 razy muszę odpowiadać czy chce zupy a na każde moje ”nie” zdaje się nie być reakcji, na koniec przed moim nosem ląduje talerz gorącej zupy bo przecież ona musi postawić na swoim, bo tylko ona wie co jest dla mnie najlepsze.
Ostatnim razem przez krótką chwilę pojawiała się nawet w hotelu sprawdzić czy aby nie dzieje mi się tam krzywda, na szczęście w porę ja wyprowadziłem nim zdążyła upokorzyć mnie jeszcze bardziej, a jedyną szkodą jaką wyrządziła to że zabrała mi wszystkie herbaty, cukier i kawę oraz szampony i odzywki do włosów z łazienki.
Jestem albo za chudy albo za gruby, za krótko gole głowę, jem jak francuski piesek i za bardzo szastam pieniędzmi choć nigdy gdy przywożę jej torby wypełnione kosmetykami Lancom albo La Praire.
Potrafi dzwonić bez końca, bez przerwy a kiedy nie odbieram natychmiast dzwoni do skutku. Przerywam wtedy coś naprawdę ważnego żeby dowiedzieć się że ojcu nie smakują jej mielone albo że jakaś sąsiadka pytała o mnie ewentualnie tematem zastępczym są barwne losy jej serialowych bohaterów.
Po mimo tego kocham moją mamę.
