Gdy słyszy się od bliskich, że nie ja jeden mam problem i że trzeba umieć rozwiązywać je samemu, człowiek zżyma się i postanawia załatwić sprawę w pojedynkę, nie prosić nikogo więcej o przysługę. W piątek rano wsiadłem w samolot by przed południem biegać już po wrocławskich urzędach.
Złość mi jednak wcale nie minęła stąd o przyjeździe do Wrocławia nie powiedziałem nikomu.
Przekonanie, że był to pomysł trafiony przyszło dopiero wieczorem podczas spotkania z W. Wspólna kolacja w restauracji w Monopolu z prawdziwie spektakularnym widokiem, zjawiskowo wyglądająca ona wzbudzająca zainteresowanie i zazdrość personelu i gości, jak zwykle nie mogła przejść niezauważona, mało jednak zwracaliśmy uwagę na sąsiednie stoliki, zbyt zajęci byliśmy sobą, swobodnie bez owijania w bawełnę i nie ukrywając niczego opowiadaliśmy sobie wydarzenia ostatnich miesięcy, wymieniając newsy z życia, naszego i naszych przyjaciół i znajomych, kto kogo zdradzał, kto się rozwiódł, komu urodziło się dziecko, specjalnie na to spotkanie przytachałem nawet albumy z wyjazdów do Tanzanii i Meksyku.
Późno w nocy poszliśmy jeszcze na długi spacer po Rynku i na Ostrów, by na koniec zapragnąć szklaneczki Bushmills’a w hotelowym barze by potem czule się pożegnać do następnego razu.
Wieczorem przed hotelem przyuważyłem faceta czekającego na kogoś przy wejściu. Ku mojemu zaskoczeniu po chwili z obrotowych drzwi wyłonił się Mr Diabolique, z którym parokrotnie uskuteczniałem spotkania w wielokątach i który swego czasu wysyłał mi lakoniczne sms w stylu: jest robota, potrzebuje wsparcia, wpadniesz? Panowie szybko się przywitali i w wiadomym celu udali się windą prosto na górę – jak mniemam zaopatrzeni w cały arsenał rekwizytów dla wzmocnienia wrażeń.
Łezka mi się zakręciła na jego widok, Mr Diabolique nie wiedziałem przeszło 3 lata: w odróżnieniu od starych spróchniałych szwajcarów, którzy powinni mieć zakaz wychodzenia z domu z powodu zaawansowanego wieku i zapachów, które wydzielają ich ciała – trzyma się dobrze, dużo ćwiczy i jak sądzę wciąż dużo może i potrzebuje.
Jego znajomego przyuważyłem później jeszcze raz rano, usilnie szukającego kontaktu wzrokowego – niestety odpowiednio wcześniej zadbałem już o atrakcyjne plany na wieczór strzelania goli do innej bramki.
Spotkałem się z innym dawnym współwspaczem, z którym kiedyś krzyżowałem oddechy na tylnym siedzeniu jego auta tak, że aż okna parowały. Spotkanie z nim jak zwykle należało do nieprzeciętnych i wartościowych, ale dopiero po przebrnięciu tematów sztuk teatralnych, które wyreżyserował, recenzji krytyków i planów. R niespodziewanie zaproponował zostać druhną na naszym weselu, będzie musiał dojrzeć jeszcze do tortu, kokard, gołębi, powozu, białych koni i paru innych gadżetów…

Skoro przyszedł czas na wrocławskie wspominki to i ja rzucę swój kamyczek do ogródka plac solny, 2 w nocy ja mocno pijany, czarne róże oglądane na straganie, sporo lat temu to było…
gdy byles jeszcze piekny i mlody… Stare dzieje
:))