Odprawienie się na lot American Airlines nie było czynnością najprostszą, musieliśmy stanąć w trzech różnych kolejkach, do końca nie rozumiejąc czemu i czy za bagaż musimy płacić dodatkowo czy nie, nim weszliśmy na pokład samolotu zahaczyliśmy o duty free i dopiero zaopatrzeni w butelkę Moët Chandon wsiedliśmy do samolotu do Phlipsburga.
St. Maarten z okna samolotu prezentowało się barwnie i egzotycznie. Strach człowieka może oblecieć na widok długości pasa do lądowania, który wydaje się być niewystarczający i faktu, że kilkuset tonowy Boeing ląduje 10-15m metrów nad głowami plażowiczów. Po wyjściu z terminalu przylotów od razu poczuliśmy się wspaniale: słońce grzało mocno i było parno – 36°C. Prawie godzinę zajęło nam dotarcie do hotelu położonego w Anse Marcel we francuskiej części wyspy.
Malowniczo położony wśród zielonych i stromych wzgórz, nad piękną zatoką z białym drobnym piaskiem, pełen egzotycznych palm krzewów, kwiatów, przytulny, bardzo zadbany, czysty i najważniejsze – praktycznie bez gości. Dostaliśmy nasz upatrzony w katalogu suit tuż przy hotelowej marinie w miejscu, które śmiało nazwać można kwintesencją określenia ”oaza spokoju”. Siedząc na tarasie można usłyszeć wyłącznie własne myśli.

ladna ta oaza spokoju
raj ze sie tak wyraze