Jeszcze poprzedniego dnia do późna wieczór siedziałem za biurkiem biorąc udział w telekonferencji. Nasz dostawca i moja szefowa na zmianę z dyrektorem mędrkowali na temat liczb, statystyk, trendów i strategii rozwoju, podczas gdy ja niecierpliwie raz po raz spoglądałem na zegarek snując widoki mnie leżącego na plaży z kolorowym koktajlem i książką w dłoni. K, choć kilka razy złapała mnie, że myślami byłem gdzieś bardzo bardzo daleko wykazała pełne zrozumienie dla mojego rozkojarzenia. Moim amerykańskim kolegom przegadywanie się zajęło prawie 3 godziny a gdy zamykałem za sobą drzwi biura lunął rzęsisty zimny deszcz, więc przeklinałem, na czym świat stoi… Zamiast się
pakować, powyciągałem tylko rzeczy z szafy i ułożyłem je wszystkie zgrabnie na sofie, włączyłem chilloutową płytę, która mój kuuipo przywiózł z Włoch i zanurzyłem się na nowo w słodkiej świadomości urlopu. Tego błogiego stanu nie była w stanie popsuć nawet doniesienia o zbliżającej się do wybrzeży Stanów Irence ani M. który swoje pakowanie zaczął na godzinę przed wyjściem z domu…
Prócz terminalu lotniska i olbrzymiego napisu LAX nie widzieliśmy nic ponadto, dopiero w drodze powrotnej zatrzymamy się tutaj na kilka dni. Na razie męczy nas różnica czasu. M w samolocie od razu po stracie rozłożył fotel do pozycji horyzontalnej, przykrył się kocem i ogólnie przespał większą część podróży, więc cierpi na bezsenność.

zdjecie z napisem faktycznie impnujace…
nie widziales jeszcze nas na plazy waikiki…
:-)) na pewno tez wyladacie tam super