Moje blogowanie przypomina dziennik podróży, ale to nie ekscytacja podróżami sprawia, że pisze… Tak naprawdę jedynie będąc w podróży, siedząc na jakimś lotnisku albo lecąc 11 tys m nad ziemią mam czas skoncentrować się, w spokoju zebrać myśli i przelać je na arkusz dokumentu Word.
O ile LA oszołomiło i przytłoczyło mnie swoją wielkością, sposobem życia, o tyle w Europie taki stan zdarza mi się rzadko. Wszystko, co kiedyś brzmiało jak nierealna bajka stało się codziennością i jest w zasięgu ręki zupełnie jak w ostatni weekend.
Wciąż odkrywam na świecie miejsca, do których chętnie przeniósłbym się ot tak. Pstryk i już. Miejsca, gdzie częściej jest słonecznie niż pochmurnie szczególnie, gdy pogoda za oknem nie nastraja pozytywnie, a słońce nie rozpieszcza. Dla mnie to czas dochodzenia do wniosku, że jednak lubię słońce. A przecież są miejsca, w których tego słońca wcale nie brakuje, w których jest ciepło, przyjemnie. Są miejsca, które wywołują wspomnienia tak ciepłe, jak słońce, które świeci za dnia i ogrzewa nas swoimi promieniami.
Ale żeby nie było ze sporządniałem i wysubtelniałem i jestem teraz wrażliwy niczym muślinowa firanka. Aby na gorąco przeżywać to z kim lub czym się spotykam zabrałem ze sobą poznanego w Warszawie chihuahua który w ramach wspólnego tourne z lubością wyprowadzał na spacer moje zarodki…

a juz zaczynałem podejrzewać, ze stałeś się święty :-))