wakacje w technikolorze

W Miami tylko spaliśmy, w hotelu na lotnisku. M próbował wyciągnąć mnie do Bal Harbour, ale nie miałem ochoty się tam tarabanić zwłaszcza, że zapadał zmrok a rano musieliśmy wcześnie wstać żeby złapać samolot dalej (czyt. bałem się, że moja karta kredytowa może nie wytrzymać wizyty w Shopping Center)

Kawa w hotelu w Ameryce od zawsze kojarzy mi się z moczopędną, wstrętną, cierpką lurą, ale od kiedy M kupił elektryczny zaparzacz do kawy zawsze wozimy go ze sobą, ciesząc się z możliwości kontynuowania naszego rytuału picia dobrego porannego espresso. Takie nasze nieszkodliwe przyzwyczajenie…

Malowniczo położony hotel Radisson wśród zielonych i stromych wzgórz, nad piękną zatoką z białym drobnym piaskiem, pełen egzotycznych palm krzewów, kwiatów i bardzo intymny jak na taki moloch. Tym razem było bardzo spokojnie i mogliśmy się relaksować do woli, nie czuliśmy ciśnienia, że za wszelką cenę musimy postarać się zwiedzić jak najwięcej – wiedzieliśmy gdzie chcemy pojechać, co zobaczyć, dokąd wrócić i ile zajmie nam to czasu.

Plaża nad zatoką Anse Marcel to miejsce gdzie spędzaliśmy kolejne dni, by późnym popołudniem przenieść się nad hotelowy basen. Oboje pięknie się opaliliśmy, M nawet bardziej niż ja. Chyba opanowałem sztukę wcierania w siebie odpowiedniej ilości kremu do opalenia, bo tym razem opaliłem się równomiernie. Tylko komary i muszki nie dawały mi spokoju – pogryzione mam całe nogi, ręce i brzuch, nie pomogły żadne repelenty a swędzi to i boli to jak diabli, nie mówiąc o brzydkich czerwonych śladach, które utrzymują się przez kilka dni. Na koniec doszło zatkane ucho, więc do domu wracałem głuchy jak pień.

Nie przegapiłem niesamowitego widowiska, jakim jest oglądanie kilkudziesięciotonowych nisko lądujących jambo-jetów nad Zatoką Simpson. Tego dnia było potwornie gorąco, zjawiliśmy się na miejscu w samo południe, gdzie temperatura sięgała 33 stopni w cieniu a piasek parzył w stopy, ale było warto dla tych niesamowitych wrażeń, ryczących nad głową silników potężnych maszyn…

Podmuch odlatujących samolotów od lat jest tutaj lokalną „atrakcją”, gdyż stwarza sztuczne fale. Choć sam wybuch stanowi rzeczywiste zagrożenie i ludzie muszą zachować ostrożność, władze lokalne umieściły nawet tablice na ogrodzeniu lotniska, z ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem wybuchu silnika odrzutowego, ale tłumnie pielgrzymujący w to miejsce turyści wydają się być tym niezrażeni, byleby tylko poczuć te niesamowite emocje.

Popołudnie spędziliśmy szwendając się po Marigot we francuskiej części wyspy. Widać, że dotarł tam kryzys, bo lepsze markowe sklepy polikwidowano a te, które pozostały towar miały delikatnie mówiąc ubogi a klientów jak na lekarstwo – zastanawiam się, z czego w ogóle żyją ich właściciele. Oprócz nich kilka galerii, mnóstwo banków, aptek, perfumerii i małych sklepów sprzedających telefony komórkowe i inną tandetę – syf, kiła i mogiła.

Holenderska część Sint Maarten ze swoimi kasynami łudząco przypomina amerykańskie Reno, ale nawet Philipsburg zmaga się z widmem kryzysu.

Na wyspie wszędzie można płacić euro i amerykańskimi dolarami, choć czasami przelicznik wydaje się nie mieć reguły. Co może denerwować to powszechna praktyka zrównywania wartości dolara do euro 1 USD = 1 EUR. M w związku z tym, że z liczeniem zawsze był na bakier z radością przyjął sposobność płacenia czymkolwiek, nie przejmując się czy płacił za coś 100 euro czy 100 dolarów. Tłumaczyłem mu to wiele razy i nawet przez chwilę wydawało mi się, że już chyba zrozumiał, ale jak udawałem, że nie patrzę to dalej robił swoje.

Na cały dzień popłynęliśmy promem na sąsiednia Anguillę, na której nie ma nic, prócz wielkich resortów, pól golfowych i bezmiaru białych plaż. Podróż promem trwała niecałe 30 minut i choć ciut kołysało podróż zniosłem dzielnie i bez sensacji żołądkowych. Na naszą prośbę taksówkarz zostawił nas w centrum stolicy wyspy The Valley, po czym po dwóch godzinach miał nas stamtąd odebrać i zawieźć z powrotem do portu. Już po kwadransie zadzwoniłem do niego i prosiłem, żeby odebrał nas jednak szybciej, bo nie był tam absolutnie nic wartego zobaczenia, ani nawet sklepów czy restauracji.

W czwartek popłynęliśmy z Oyster Pond na St Barts. Przez 40 minut wytrzęsło nami zdrowo a kilka osób rzygało jak koty, ale tym razem to nie byłem ja! Wynajętym autem przejechaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz uciekając od zgiełku Gustavii. Turkusowy, intensywny kolor morza towarzyszył nam co dzień. Często bezczynnie gapiłem się w bezmiar oceanu, którego wody mienią się wszystkimi odcieniami turkusu, błękitu i granatu.

Do ilości intensywnych barw i kolorów oraz widoków wyjątkowo pięknych w tym rejonie świata plaż, gdzie piasek jest niemal śnieżnobiały, zdążyłem się przyzwyczaić, stąd chyba z trudem przychodziło mi zachwycać się urokami Grand Saline. Najlepiej zapamiętałem małe, urokliwe Corossol.

Dopiero przemieszczając się swobodnie po wyspie dostrzegłem jak bardzo dominuje tu górzysty teren a drogi są wyjątkowo kręte i wąskie. St Barts kojarzy nam się z udanymi zakupami i tym razem nie było inaczej. W Gustavii obskoczyliśmy parę butików i zaopatrzyliśmy się w nową plażową i letnią garderobę, która tutaj kosztuje relatywnie mniej niż w Stanach czy Europie.

Urodzinową kolacje zjedliśmy w Le Chanteclair w Marigot gdzie osobowość i styl właścicielki (pochodzącej z Normandii sympatycznej Francuski o wdzięcznym imieniu Mirelle) sprawił, że nawet po 2 latach od ostatniej wizyty chętnie ją wspominamy. Siedząc na tarasie restauracji przy tym samym, co zawsze stoliku nr 8, który stał się od tej pory naszym stolikiem, żartowaliśmy z M, że nie ma dla nas marzeń/planów niemożliwych.

Rok temu zdecydowaliśmy obchodzić moje urodziny w La Chanteclair i voila jesteśmy! Mirelle znowu czarowała nas swoim stylem, częstowała Moetem oraz winem, a na koniec własnoręcznie przygotowanymi owocowymi nalewkami i dodatkowo markowym koniakiem. Wyściskała i wycałowała nas na powitanie i pożegnanie, z zaplecza wyciągnęła swojego męża szefa kuchni, który zadbal o kulinarną oprawę naszego wieczoru.

Te malutkie tortellini z francuskiego miasta na R, którego nazwy nie pamiętam będą śniły mi się po nocach. Wieczór przed powrotem do Miami także spędziliśmy w tym miejscu by o 22.00 z okazji Święta Bastylii obejrzeć pokaz sztucznych ogni.

Generalnie czas mijał nam tutaj słodko pierdząco – błękitne morze, bezkresne plaże, skwar, szum palm taka była ta nasza karaibska codzienność. Największy problem każdego dnia to, którą część ciała wystawić do słońca i jaki rodzaj koktajlu zamówić, żeby nie zemdliło.

W hotelowym basenie poznaliśmy pewną branżową parę z Connecticut, o którą M był potem zazdrosny ile razy tylko rozmawiałem z przystojnym Andym albo niewinnie taplałem się z nim w jacuzzi. Strach ma wielkie oczy, bo gdyby rozumiał, o czym rozmawiamy zorientowałby się, że obaj strasznie na niego lecą. Radisson w tym roku w ogóle był bardzo branżowy, codziennie natykaliśmy się na kogoś z rodziny obrzucając się niby od niechcenia spojrzeniem od stop do głów z mniej lub bardziej jawnym zaproszeniem na tomografię odbytu. Na brak apetycznych widoków nie narzekałem, ale w żadnym rotation program udziału nie wziąłem.

Powrót do Europy – koszmar, zwłaszcza dla M. Samolot z Miami wyleciał z 2 godzinnym opóźnieniem, potem nieskończenie długa kolejka do Immigration, sprint przez 7 hal lotniska w Miami na chwilę przed zamknięciem odprawy bagażowej, ponad 9 godzinny lot do Frankfurtu i dalej Zurychu skąd M przesiadał się w pociąg do Mediolanu a potem na samolot do Brindisi. Zmordowany ale dotarł. A ja przez następne dwa tygodnie zostaję słomianym wdowcem…
***
aktualizacja – okazalo sie ze w srode bede w Chicago…

Informacje o saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera. Jestem szczęściarzem, w czepku urodzony, z poukładanymi priorytetami, który podąża za swoją pasją. Lubię pisać bloga, bo w ten sposób obserwuję siebie i całą resztę. Udowodniłem sobie, że jestem człowiekiem wolnym i otwartym. To bardzo przyjemne uczucie, zrobić w życiu coś dla siebie, wbrew temu co mówią inni, co wypada, co należy albo trzeba. Czasem mam wrażenie, jakbym dopiero co skończył studia, niedawno zaczął pracować, dopiero co wyemigrował z Polski, rzucił pracę, wyruszył w podróż dokoła świata, odwiedził ponad 90 krajów. Innym razem łapię się za głowę, ile to już lat minęło, ile po drodze się wydarzyło. Czas jest fajną materią, taką bezkresną i niedotykalną. Fajnie obserwować emocje swoje i innych. Elektroniczny pamiętnik staram się prowadzić w miarę systematycznie – to jedna z niewielu rzeczy, które w życiu robie naprawdę regularnie, bo zwykle na bakier u mnie z obowiązkowością. Czasem wracam do spraw np. sprzed roku i okazuje się, że gdy patrzę na tamten czas choćby z perspektywy dwunastu miesięcy, widzę, że był on naprawdę wypełniony. Myślę że gdyby nie ten blog, brakowałoby mi życiowego „pionu”. A tak zawsze mogę spojrzeć na przeszłość z dystansu i zobaczyć czy udało mi się zrealizować swój zamierzony plan, zweryfikować gdzie popełniłem błędy albo po prostu pamiętać o tych wszystkich miłych wydarzeniach, których byłem uczestnikiem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii podroze i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „wakacje w technikolorze

  1. ~sotion pisze:

    Nowa szata :-))Fajnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s